Bacówka w sercu gór · Opowieści spod Turbacza

Legendy Łopusznej i Gorców

❦

Dwadzieścia lokalnych zagadek opowiedzianych tak, jakby działy się właśnie teraz: idziesz nocą przez Gorce, siedzisz w kuźni nad Dunajcem, uciekasz z młodym juhasem i słyszysz to, czego bohaterowie woleliby nie usłyszeć. Każda historia wyrasta z XIX‑wiecznych zapisków Seweryna Goszczyńskiego i miejscowych podań.

20 lokalnych zagadek31 000+ słównarracja pierwszoosobowabez spoilerów przed lekturąna motywach zapisków z 1832 r.
Frontyspis: malowany olejno widok Łopusznej i Gorców w duchu starej księgi legend.
Frontyspis · Łopuszna i Gorce w godzinie legend — bacówka, las, święta, dziwożona i strumień w jednej księdze krajobrazu.
Wybierz opowieść

Spis legend i opowieści

Język tej ziemi

Warstwa literacka opowieści świadomie czerpie z podhalańskiej wrażliwości Kazimierza Przerwy‑Tetmajera: z jego smrekowych lasów, szmeru potoków, mgieł, światła na zboczach i mowy ludzi stela. Nie są to cytaty ani próba podszywania się pod autora. To współczesna, autorska rekonstrukcja — z gwarą używaną oszczędnie tam, gdzie mówi nią bohater, i z krajobrazem traktowanym jak żywy uczestnik wydarzeń.

IStrzyga starej PlewinyŁopuszna · zagadka zamkniętej izby i śladu zębów+
Głos opowieści: Plewina — siedemnastoletnia dziewczyna z Łopusznej. Wszystko dzieje się w czasie teraźniejszym.
Lokalna zagadkaJak ktoś może wejść do zaryglowanej izby, ugryźć człowieka i zniknąć, nie zostawiając drogi wejścia ani wyjścia?Czytaj jak śledczy: najważniejsze tropy nie zawsze są tym, co bohaterowie uznają za najważniejsze.
TABLICA IIlustracja do legendy I: Strzyga starej Plewiny. Łopuszna · zagadka zamkniętej izby i śladu zębów
Tablica I · „Strzyga starej Plewiny” · Łopuszna

Mam siedemnaście lat i tej nocy nie mogę zasnąć.

Nie dlatego, że coś słyszę.

Właśnie dlatego, że niczego nie słychać.

Za oknem Łopuszna jest czarna i nieruchoma. Mróz obrysował szyby białymi liśćmi. Psy, które zwykle odpowiadają sobie od zagrody do zagrody, milczą. W piecu zostało tylko kilka czerwonych szczelin między polanami.

Leżę przy ścianie obok młodszej siostry.

— Maryśka, śpisz?

Mruczy coś i odwraca twarz.

Ja patrzę w ciemność.

Od kilku chwil wiem, że ktoś stoi w izbie.

Nie widzę go.

Wiem.

◆ ◆ ◆

W Łopusznej człowiek od dziecka uczy się ciszy. Inaczej szumi Dunajec przed odwilżą, inaczej Łopuszanka po ulewie, inaczej smreki, gdy holny idzie od gór. Ja znam te głosy lepiej niż pacierz. Znam trzask mrozu w płocie, skrzyp śniegu pod kierpcem, pohukiwanie sowy spod Cyntyrza. Dlatego ta noc mnie nie oszukuje. To nie jest zwykła cisza. To cisza, która na coś czeka.

Przysuwam policzek do zimnej ściany i przez chwilę myślę o lecie: o trawie mokrej po kolana, o jagodach na skraju boru, o tym, jak słońce łamie się na Łopuszance w tysiąc drobnych skier. Człowiek tutaj kocha ziemię także wtedy, gdy się jej boi. Może właśnie wtedy najbardziej.

— Plewina — szepcze Maryśka przez sen.

— Śpij, smyku.

I wtedy belka nad nami trzeszczy. Nie tak, jak trzeszczy stare drewno. Jakby ktoś położył na niej ciężar. Patrzę w górę. Nic. A jednak wiem, że gdybym teraz wybiegła przed chałupę, pobiegłabym prosto ku rzece, choć mróz rozcina stopy. Byle tylko znaleźć się pod niebem, gdzie każda rzecz ma swoje miejsce. Bo w izbie właśnie pojawiło się coś, co miejsca mieć nie powinno.

Próbuję rozwiązać to rozsądnie.

Ojciec mógł wstać do wody. Matka mogła poprawić drzwiczki pieca. Mysz mogła zrzucić coś ze skrzyni.

Tylko że ojciec chrapie.

Matka oddycha równo.

A myszy nie ugniatają siennika.

Mój siennik opada przy nogach.

Powoli.

Jakby ktoś najpierw oparł dłoń, potem kolano, a na końcu usiadł.

Zaciskam palce na brzegu pierzyny.

— Mamo?

Głos nie wychodzi.

Ciężar przesuwa się wyżej.

Czuję chłód na ramieniu.

Potem dotyk.

Nie szorstka dłoń ojca. Nie ręka siostry.

Coś obejmuje moje przedramię.

A potem zaciska zęby.

Ból jest tak nagły, że całe ciało wygina mi się do tyłu.

Szarpnę ręką.

Nic.

Drugi raz.

Trafiam dłonią w coś obok siebie. Barki. Głowę. Kształt człowieka.

Tylko człowiek oddycha.

To nie oddycha.

Słyszę jedynie ciche mlasknięcie przy mojej skórze.

Wtedy odzyskuję głos.

— MAMO!

Izba wybucha ruchem.

Siostra krzyczy. Ojciec wpada z łuczywem. Matka przewraca stołek.

Światło rozcina ciemność.

Na sienniku nie ma nikogo.

Ja siedzę pod ścianą i trzymam się za rękę.

— Co sie stało?!

— Ktoś haw był.

Ojciec natychmiast sprawdza drzwi.

Zasuwa jest założona od środka.

Okiennica zamknięta.

Komora pusta.

— Kto?

— Nie wiem.

— Człowiek?

Pokazuję rękę.

W świetle łuczywa pojawia się półokrąg siniejących punktów.

— Miał zęby.

Matka robi znak krzyża.

Ojciec nie.

Ojciec jest człowiekiem, który wierzy w siekierę, zasuwę i ślad buta.

— Nikt nie wszedł.

— To kto mnie ugryzł?

— Może siostra przez sen.

Maryśka pokazuje mu swoje zęby.

— Ja mam mniejsze.

Ojciec patrzy najpierw na nią, potem na mój ślad.

Nic nie mówi.

◆ ◆ ◆

Rano zaczynamy śledztwo.

Tak to nazywa ojciec, choć ze złością.

Najpierw mierzy ślady zębów nitką. Potem każe wszystkim w domu przyłożyć szczękę do kawałka miękkiego chleba.

— Po co? — pyta matka.

— Skoro człowiek, to ma zęby człowieka.

Porównujemy.

Żaden odcisk nie pasuje.

Ojciec idzie po sąsiada, Jędrka, bo tydzień wcześniej pokłócili się o miedzę.

— Myślisz, że wlazłem wam nocą i gryzłem córkę? — wrzeszczy Jędrek.

— Pokaż zęby.

— Zwariowałeś.

— Pokaż.

Kłócą się tak długo, że w końcu Jędrek gryzie chleb tylko po to, by udowodnić, że to nie on.

Nie pasuje.

Następnie sprawdzamy komin.

Za wąski.

Podłogę.

Nie ma klapy.

Strzechę.

Bez śladu.

— Widzisz? — mówi ojciec do matki. — Musi być wyjaśnienie.

Stara Klimczyna, która przyszła bez zaproszenia, prycha.

— Jest.

— Jakie?

— Strzyga.

Ojciec rzuca jej spojrzenie.

— Chcę wyjaśnienia, nie nazwy.

Klimczyna dotyka mojego śladu jednym palcem i cofa rękę.

— Nazwa bywa ostrzeżeniem.

◆ ◆ ◆

Klimczyna mówi, że tej nocy mamy zrobić pułapkę.

Ojcu pomysł się podoba, dopóki nie słyszy szczegółów.

Popiół na podłodze. Nitka na oknie. Miska z wodą przy drzwiach. Żelazne nożyce pod poduszką.

— Nożyce złapią złodzieja?

— Nie. Dziewczynie przypomną, że ma się czym bronić.

— A popiół?

— Tobie da ślad, którego tak bardzo chcesz.

Ojciec sam wysypuje popiół.

Cienka, równa warstwa przy drzwiach, pod oknem i wokół mojego posłania.

Do zasuwy przywiązuje włos z końskiego ogona. Jeśli ktoś ją ruszy, włos pęknie.

Pod oknem rozciąga nitkę.

— Teraz zobaczymy — mówi.

Ja chciałabym, żeby nie zobaczyć niczego.

◆ ◆ ◆

O północy budzi mnie głos.

— Plewina...

Otwieram oczy.

Wszyscy śpią.

— Plewina...

Głos dochodzi spod okna.

Brzmi jak moja siostra.

Tylko wolniej.

— Plewina, chodź.

Zaciskam palce na nożycach.

Przypominam sobie słowa Klimczyny: matka podejdzie i tobą potrząśnie. To, co nie chce podejść, woła.

Nie odpowiadam.

Coś drapie w drewno.

Raz.

Dwa.

Trzy.

Potem słyszę ruch przy nogach.

Siennik ugina się minimalnie.

Krzyczę wcześniej niż poprzednio.

Ojciec jest na nogach w sekundę.

— Gdzie?!

— Tu!

Światło.

Pusto.

Ojciec patrzy na drzwi.

Włos na zasuwie cały.

Nitka przy oknie nieruszona.

Popiół gładki.

— Mówiłem — zaczyna.

Matka podnosi lampę.

— Tam.

Obok mojego siennika jest jeden ślad.

Nie stopa.

Tylko przednia część, jakby ktoś stanął na palcach i nie postawił pięty.

Jeden jedyny odcisk w środku kręgu popiołu.

Żadnego prowadzącego do niego.

Żadnego wychodzącego.

Ojciec klęka.

Przykłada dłoń.

— Za małe na mężczyznę.

— Za duże na dziecko — mówi matka.

Klimczyna, która tej nocy śpi u nas na ławie, podchodzi najwolniej.

— Teroz mos swój ślad.

Ojciec wstaje.

— Ktoś musiał go zrobić wcześniej.

— Sam sypałeś popiół.

— Więc...

Nie kończy.

Pierwszy raz widzę, że mój ojciec boi się odpowiedzi.

◆ ◆ ◆

Następnego dnia robi rzecz, której nikt się po nim nie spodziewa.

Idzie po psa.

Pożycza dużego burego od wuja i przywiązuje go w izbie.

— Jeśli coś wejdzie, pies poczuje.

Klimczyna kręci głową.

— Zwierzęta czują pierwsze. I pierwsze wiedzą, przed czym nie szczekać.

Wieczorem pies jest spokojny.

Do chwili, gdy gaśnie ostatnie światło.

Wtedy wsuwa się pod ławę.

Ogon pod brzuch.

— Wyłaź — mówi ojciec.

Pies nie rusza się.

Około północy podnosi głowę.

Patrzy dokładnie nad moje posłanie.

Nie szczeka.

Warcząc, cofa się pod ścianę.

Ja też patrzę.

Nic nie widzę.

Ale cień na belce nad moją głową robi się ciemniejszy.

Jakby między ogniem a ścianą stał ktoś, kogo nie potrafimy zobaczyć.

— Ojcze...

Ojciec widzi.

Podnosi siekierę.

— Wynoś się z mojego domu!

Cień przesuwa się po suficie.

Nie ku drzwiom.

Ku mnie.

Pies skomli.

Wtedy matka wrzuca do pieca garść jałowca.

Dym pachnie ostro.

Cień znika.

Pies wyskakuje spod ławy i rzuca się do drzwi.

Na mojej ręce stary ślad zębów nagle zaczyna piec.

◆ ◆ ◆

Po tej nocy nic już mnie nie gryzie.

Ślady bledną przez kilka dni.

Ojciec nigdy nie mówi „strzyga”. Nadal naprawia zasuwy, sprawdza okna i kłóci się, gdy ktoś powtarza tę historię zbyt głośno.

Ale od tamtej zimy zawsze trzyma przy drzwiach gałązkę jałowca.

Mijają lata.

Wychodzę za mąż. Rodzę dzieci. Potem wnuki.

Czas zabiera twarze, daty, całe sezony. Nie zabiera tamtego nacisku na siennik.

Kiedy jestem już stara, do Łopusznej przychodzi człowiek z papierem i piórem. Pyta o dawne wierzenia.

— Plewino, podobno widzieliście strzygę.

— Nie widziałam.

Pióro zatrzymuje się.

— Jak to?

— Czułam. To gorsze.

Opowiadam mu o zębach, o popiele, o psie, o cieniu.

Młody mężczyzna siedzący dalej od ognia uśmiecha się.

— Może ktoś was nastraszył.

— Możliwe.

— Może sen.

— Możliwe.

— Więc skąd pewność?

Patrzę na niego.

— Nie mam pewności.

Uśmiecha się szerzej, jakby właśnie wygrał.

— Mam tylko zagadkę, której nikt z nas nie rozwiązał. Zaryglowane drzwi. Całe nitki. Popiół bez śladów. Pies, który patrzył na coś, czego my nie widzieliśmy. I zęby na mojej ręce.

Pochylam się bliżej.

— Jeśli znajdziecie lepszą odpowiedź, proszę wrócić i mi ją powiedzieć.

Nie wraca z odpowiedzią.

Za to zapisuje historię.

I może to jest uczciwsze.

Bo do dziś, kiedy nocą drewno cicho trzaśnie obok mojego posłania, nie myślę najpierw „strzyga”.

Myślę tylko:

Jak weszła?

Po lekturze: źródło historyczne i zakres rekonstrukcji

Rdzeń źródłowy: Goszczyński odnotował relację starej Plewiny z Łopusznej, która w młodości miała zostać nocą ugryziona przez istotę uznaną przez nią za strzygę.

Motyw źródłowy: Seweryn Goszczyński, Dziennik podróży do Tatrów, część poświęcona światu duchowemu Podhalan. Dialogi i przebieg sceny są adaptacją literacką.

Warstwa językowa i pejzażowa tej adaptacji jest dodatkowo inspirowana publicznymi utworami Kazimierza Przerwy‑Tetmajera o Podhalu i górach; nie zmienia to źródłowego rdzenia legendy zapisanego przez Goszczyńskiego.

Ślad w terenieŁopuszna — stara wieś i domowy świat opowieści

Najmocniejszy trop nie prowadzi do jednego punktu na mapie, lecz do samej Łopusznej: starej zabudowy, zimowych nocy, Dunajca i lasów nad wsią. To historia, którą najlepiej czyta się po zmroku, kiedy z gór schodzi cisza.

↑ Wróć do spisu
IIDziecko dziwożonyŁopuszna · dziecko, które nagle przestaje być znajome+
Głos opowieści: Hanka — młoda matka. To ty rozpoznajesz własne dziecko po oddechu, płaczu i drobnych gestach, których inni nie zauważają.
Lokalna zagadkaDlaczego matka jest pewna, że niemowlę w kołysce nie jest jej dzieckiem, skoro dla wszystkich wygląda prawie tak samo?Czytaj jak śledczy: najważniejsze tropy nie zawsze są tym, co bohaterowie uznają za najważniejsze.
TABLICA IIIlustracja do legendy II: Dziecko dziwożony. Łopuszna · dziecko, które nagle przestaje być znajome
Tablica II · „Dziecko dziwożony” · Łopuszna

Najpierw zmienia się płacz.

Jestem jego matką, więc wiem.

Matka rozpoznaje własne dziecko po rzeczach, których nikt inny nie uważa za ważne: po tym, jak nabiera powietrza przed krzykiem, po drżeniu dolnej wargi, po tym, że zasypiając zaciska lewą dłoń, a prawą zostawia otwartą.

Tego ranka dziecko w kołysce zaciska obie.

— Maciek.

Mąż odrywa wzrok od rzemienia.

— Co?

— Chodźze haw.

— Śpi.

— Właśnie.

Pochyla się nad kołyską.

— I?

— Nasz Staś nie śpi z głową w lewo.

Maciek patrzy na mnie jak na kobietę, która trzy noce nie przespała.

— Hanka...

— Posłuchaj, jak oddycha.

— To przecie dziecko.

— Nie nasze.

I kiedy to mówię, sama boję się własnych słów.

◆ ◆ ◆

Z dzieckiem jest jak z potokiem: obcy słyszy tylko wodę, a ten, kto mieszka przy nim całe życie, wie, kiedy niesie kamień, kiedy gałąź, a kiedy przybiera po deszczu. Ja znam mojego syna tak samo. Wiem, kiedy jego płacz oznacza głód, kiedy gniew, kiedy sen. Wiem, że przy zasypianiu marszczy nos jak stary gazda, a kiedy śni, porusza lewą stopą.

Tego ranka nic się nie zgadza.

Biorę go na ręce i wychodzę przed chałupę. Łopuszna budzi się powoli. Nad polami płynie dym, smreki stoją czarne na tle mlecznego nieba, a z góry niesie się szmer Łopuszanki. Powinnam odetchnąć. Zamiast tego dziecko nagle sztywnieje. Patrzy ku lasowi.

— Co tam widzisz, synecku?

Maciek wychodzi za mną.

— Hanka, nie nakręcaj się.

— Cicho.

— Co?

— Cicho, godom.

Z boru dobiega głos. Jeden, krótki. Jak śmiech kobiety, lecz tak daleki, że równie dobrze może być skrzek ptaka. Dziecko odpowiada mu tym samym dźwiękiem. Dokładnie tym samym.

Maciek blednie.

— Ono tak wcześniej robiło?

Patrzę na niego.

— Nase? Nigdy.

Przez trzy dni próbuję udowodnić sobie, że oszalałam.

Sprawdzam znamię pod pachą. Jest.

Małą bliznę przy uchu. Jest.

Włosy ten sam kolor.

Oczy te same.

A jednak wszystko inne jest przesunięte o pół kroku.

Staś uwielbiał moją kołysankę. Teraz przy pierwszych słowach zaczyna wrzeszczeć.

Staś uspokajał się, gdy dawałam mu drewnianą łyżkę. Teraz rzuca nią o ścianę.

Staś bał się psa. Teraz patrzy na niego i uśmiecha się, a pies cofa się pod stół.

Najgorszy jest apetyt.

Dziecko je bez końca.

Mleko, kaszę, rozmoczony chleb.

Brzuch ma mały, a pochłania porcję jak starszy chłopak.

— Rośnie — mówi Maciek.

— Przez trzy dni?

— Dzieci się zmieniają.

— Nie w nocy.

— Wszystko dzieje się w nocy, kiedy człowiek śpi.

— Właśnie tego się boję.

◆ ◆ ◆

Idę po akuszerkę.

Nie starą znachorkę. Akuszerkę, która widziała setki dzieci i potrafi powiedzieć, kiedy gorączka jest groźna.

Zofia ogląda Stasia długo.

— Zdrowy.

— Więc czemu jest inny?

— Bo ty jesteś zmęczona.

— Połóż palec w jego lewej dłoni.

Robi to.

Dziecko zaciska palce.

— I?

— Mój Staś chwyta prawą.

Zofia wzdycha.

— Hanka, niemowlę nie ma zwyczajów jak stary gospodarz.

Wtedy dziecko odwraca głowę i patrzy prosto w kąt izby.

Uśmiecha się.

W kącie nie ma nikogo.

Zofia przestaje mówić.

— Co?

— Nic.

— Widzisz coś?

— Powiedziałam: zdrowy.

Wychodzi za szybko.

To pierwszy trop, że nie tylko ja czuję problem.

◆ ◆ ◆

Wieczorem przychodzi stara Marta.

Nie zapraszałam jej. Wieś już wie.

— Pokaż.

— Nie potrzebuję zabobonów.

— To po co od wczoraj wypytujesz wszystkich?

Ma rację.

Podchodzi do kołyski, ale nie dotyka dziecka.

— Kiedy rodziłaś?

— Dwa miesiące temu.

— Okno było otwarte?

— Było lato.

— Zostawiłaś dziecko samo?

Przypominam sobie jedną chwilę. Wczorajszą noc. Staś zasnął. Poszłam do komory po wodę. Może minutę.

— Na moment.

Marta patrzy na Maćka.

— Dziwożony lubią momenty.

Maciek uderza dłonią w stół.

— Dość.

— To czemu pies nie podchodzi do kołyski?

Mąż milknie.

Marta mówi o podmienionych dzieciach. O kosmatych kobietach z czerwonymi czapkami. O tym, że biorą ludzkie niemowlę, a zostawiają własne.

— I co mam zrobić? — pytam, choć nie chcę pytać.

Marta mówi o rytuale.

Wynieść podrzutka. Położyć w nieczystym miejscu. Zagrozić, że skrzywdzimy go, jeśli nie oddadzą naszego.

Czuję, jak robi mi się niedobrze.

— To jest dziecko.

— Jeśli twoje, niczego nie rób.

— A jeśli nie moje, też jest dzieckiem.

Marta patrzy na mnie zaskoczona.

— Matka z ciebie.

— Właśnie dlatego nie będę bić żadnego niemowlęcia.

◆ ◆ ◆

Postanawiam zastawić inną pułapkę.

Jeśli ktoś naprawdę podmienił dziecko, musiał wejść do domu.

Wysypuję mąkę pod oknem i przy drzwiach. Na parapecie kładę drobne ziarenka maku — ktoś otwierający okno musi je strącić. Do ramy przywiązuję włos.

Maciek pomaga, choć twierdzi, że tylko po to, by mnie uspokoić.

— A jak rano nic nie będzie?

— Wtedy zacznę się martwić o siebie.

— A jeśli będzie?

— Wtedy ty zaczniesz się martwić.

Nocą nie śpimy.

Około północy dziecko otwiera oczy.

Nie płacze.

Patrzy na okno.

Z zewnątrz słychać ciche skrobanie.

Maciek chwyta kij.

— Kto tam?!

Skrobanie ustaje.

Potem trzy lekkie uderzenia w szybę.

Dziecko w kołysce zaczyna się śmiać.

Nigdy wcześniej nie słyszałam takiego śmiechu u niemowlęcia.

Za oknem ktoś szepcze.

Nie rozumiem słów.

Maciek otwiera drzwi i wybiega.

Ja zostaję z kołyską.

W tej samej chwili z komina spada garść sadzy.

Odwracam się.

Kiedy znów patrzę na dziecko, ono siedzi.

Dwumiesięczne dziecko nie siedzi.

To siedzi i patrzy mi w oczy.

Przez sekundę.

Potem przewraca się na plecy i zaczyna wrzeszczeć.

◆ ◆ ◆

Maciek wraca.

— Nikogo.

— Siedziało.

— Co?

— Samo usiadło.

— Hanka...

— Sprawdź mąkę.

Przy drzwiach nasze ślady.

Pod oknem mąka gładka.

Włos cały.

Mak na parapecie nieruszony.

Maciek wzdycha z ulgą.

— Widzisz?

Podchodzę do zewnętrznej strony okna.

Na parapecie leży coś czerwonego.

Długi włos.

Mokry, choć noc sucha.

Maciek dotyka go końcem noża.

— Koński?

— Nie.

Wrzucam go do ognia.

Nie pali się.

Syknie tylko jak kropla wody.

Maciek przestaje mówić, że to zmęczenie.

◆ ◆ ◆

Następnego dnia słyszę płacz w lesie.

Idę po wodę nad Łopuszankę. Z drugiej strony potoku, w olszynach, odzywa się niemowlę.

Mój Staś.

Nie „jak Staś”.

Jego płacz.

Ten urwany oddech przed krzykiem. Ta nuta, którą znam lepiej niż własny głos.

Stawiam wiadro.

— Stasiu?

Płacz milknie.

Z krzaków odpowiada kobiecy śmiech.

Biegnę.

Gałęzie biją mnie po twarzy. W błocie widzę ślady bosych stóp. Dziwne, szerokie, zbyt długie palce.

Prowadzą w górę.

— Oddaj mi go!

Ktoś porusza się między drzewami.

Czerwona plama miga i znika.

Doganiam ją przy małej polanie.

Widzę kobietę od tyłu. Włosy prawie do ziemi. Na głowie czerwona czapka.

Trzyma coś przy piersi.

— Stań!

Odwraca się.

Nie widzę twarzy dokładnie. Tylko ciemne oczy.

I słyszę płacz mojego dziecka.

Ruszam ku niej.

Ona cofa się o krok.

— Oddaj.

Uśmiecha się.

— Ty masz moje.

Głos brzmi jak dwa głosy naraz.

— Nie chciałam go.

— Ja też nie chciałam twojego świata.

Potem znika za drzewami.

Nie potrafię jej dogonić.

Wracam do domu z jednym tropem i jedną pewnością.

Mój syn żyje.

◆ ◆ ◆

Marta przychodzi przed zmrokiem.

— Teraz zrobisz, jak mówiłam?

Patrzę na dziecko w kołysce.

Ma wielkie oczy i patrzy na mnie bez złości.

— Nie będę go bić.

— To nie musi być naprawdę.

— Co?

— Dziwożona ma uwierzyć, że je skrzywdzisz.

Układamy plan.

Wynoszę kołyskę na skraj obejścia, blisko miejsca, gdzie kończy się podwórze i zaczyna mokra trawa. Mam rózgę, ale uderzam nią w ziemię obok.

— Odbierz swoje, oddaj moje! — woła Marta.

Ja nie potrafię.

— Hanka!

Patrzę na dziecko.

Ono nagle przestaje płakać.

Patrzy za moje plecy.

Uśmiecha się.

Odwracam się.

Między olchami stoi kobieta.

Czerwona czapka.

Przy piersi niemowlę.

— Moje — mówię.

— Moje — odpowiada.

— Zamieńmy.

Marta syczy:

— Nie proś. Żądaj.

Ale ja patrzę na drugą matkę.

Bo tym właśnie jest w tej chwili, niezależnie od tego, czym jeszcze.

— Oddajmy sobie dzieci.

Dziwożona zbliża się powoli.

Maciek stoi w drzwiach z siekierą. Każę mu ją opuścić.

— Hanka, nie podchodź.

— Cicho.

Kobieta staje trzy kroki ode mnie.

Widzę jej twarz. Nie jest piękna ani potworna. Jest obca.

Dziecko w jej ramionach otwiera oczy.

Staś.

Poznaję go natychmiast.

Lewą dłoń ma otwartą. Prawą zaciska na jej włosach.

Podchodzimy jednocześnie.

Wymiana trwa sekundę.

Czuję ciężar syna.

Zapach skóry.

Jego oddech.

Wiem.

— Staś.

Wtula twarz w moją szyję.

Po drugiej stronie dziwożona przyciska swoje dziecko do piersi.

Patrzy na mnie.

— Pilnuj momentów.

Odchodzi.

◆ ◆ ◆

Maciek zamyka drzwi tak mocno, że drży ściana.

— To było...

— Wiem.

— Widziałem.

— Wiem.

Marta uśmiecha się bez triumfu.

— Teraz wierzysz?

Maciek patrzy na Stasia.

— Wierzę, że miałem w domu dziecko, które nie było moim synem. Resztę będę sobie układał do końca życia.

Ja nie potrzebuję układać.

Staś zaczyna płakać.

Ten płacz znam.

Po chwili śpiewam pierwsze słowa kołysanki.

Natychmiast się uspokaja.

Następnego ranka sprawdzam parapet.

Czerwonego włosa nie ma.

Na mokrej ziemi pod oknem widzę za to dwa zestawy śladów.

Jedne prowadzą do lasu.

Drugie, małe i dziecięce, kończą się dokładnie pod ścianą domu.

Jakby ktoś przez chwilę stał tam boso.

Patrzę na Stasia.

On śpi z głową w lewo.

Prawą dłoń ma zamkniętą.

W środku trzyma jeden krótki czerwony włos.

Po lekturze: źródło historyczne i zakres rekonstrukcji

Rdzeń źródłowy: w wierzeniach zapisanych przez Goszczyńskiego dziwożony miały porywać ludzkie niemowlęta i pozostawiać własne dzieci. Znany był też rytuał wymuszenia zwrotu dziecka.

Motyw źródłowy: opis wierzeń dotyczących dziwożon w Dzienniku podróży do Tatrów. Scena rodziny, imiona i dialogi są rekonstrukcją literacką.

Warstwa językowa i pejzażowa tej adaptacji jest dodatkowo inspirowana publicznymi utworami Kazimierza Przerwy‑Tetmajera o Podhalu i górach; nie zmienia to źródłowego rdzenia legendy zapisanego przez Goszczyńskiego.

Ślad w terenieŁopuszna i skraj gorczańskich lasów

Podanie o dziwożonach należy do świata pogranicza domu i lasu. Jeśli chcesz poczuć jego geografię, patrz na miejsca, gdzie ostatnie pola Łopusznej przechodzą w zarośla i ciemniejszy las.

↑ Wróć do spisu
IIIDziewczyna znad ŁopuszankiŁopuszna i Gorce · ucieczka, w której najważniejszy trop rośnie na łące+
Głos opowieści: Marysia z Łopusznej — porwana dziewczyna. Las widzisz jej oczami, a drogę ucieczki odkrywasz razem z nią.
Lokalna zagadkaGdzie przez wiele dni znika dziewczyna z Łopusznej i dlaczego jej prześladowczynie zatrzymują się przed niepozornymi kwiatami?Czytaj jak śledczy: najważniejsze tropy nie zawsze są tym, co bohaterowie uznają za najważniejsze.
TABLICA IIIIlustracja do legendy III: Dziewczyna znad Łopuszanki. Łopuszna i Gorce · ucieczka, w której najważniejszy trop rośnie na łące
Tablica III · „Dziewczyna znad Łopuszanki” · Łopuszna i Gorce

Nie pamiętam chwili, w której znikam.

Pamiętam wszystko przedtem.

Koszyk pod pachą. Mokre liście. Głos matki z podwórza:

— Marysia, nie chodź wysoko!

— Ino po chrust!

Brat śmieje się przy płocie.

— Dziwożony cię wezmą!

Pokazuję mu język.

— To niek mię przódziej dogonią.

Kilka godzin później bardzo chciałabym cofnąć te słowa.

◆ ◆ ◆

Las nad Łopuszną nigdy nie był dla mnie obcy. Tu uczę się chodzić po mokrych korzeniach, tu ojciec pokazuje mi, jak odróżnić buk od jaworu po samej korze, tu z bratem robimy szałas tak lichy, że pierwszy deszcz kładzie go na ziemię. Znam percie, którymi schodzi się ku potokowi, i polanki, na których w czerwcu trawa pachnie aż słodko.

Dlatego przeraża mnie nie to, że się zgubiłam. Przeraża mnie to, że las, który znam, przestał być tym samym lasem.

Idę szybciej. Po lewej powinnam zobaczyć rozszczepiony buk. Nie ma go. Po prawej powinien być kamień z białą żyłą. Nie ma. Łopuszanka szumi gdzieś blisko, lecz ilekroć idę ku jej głosowi, szmer cofa się głębiej między drzewa.

— Hej! Jest tu kto?

Odpowiada echo.

A potem kobiecy głos:

— Haw jesteś.

Zatrzymuję się.

— Kto mówi?

— Haw.

Między smrekami przesuwa się coś czerwonego. Czapeczka? Chusta? Zachodzące słońce? Biegnę za tym, bo człowiek w lesie chwyta się każdego znaku, który przypomina człowieka. Dopiero po kilkudziesięciu krokach rozumiem, że robię dokładnie to, czego matka zabraniała: schodzę z własnej perci i idę za czymś, czego twarzy jeszcze nie widziałam.

Las jest zwyczajny do miejsca, gdzie przestają śpiewać ptaki.

Zauważam to dopiero po chwili.

Idę ścieżką nad Łopuszanką, zbieram suche gałęzie. Potem słyszę kobiecy śmiech.

— Halo?

Odpowiada drugi.

Z lewej.

Potem trzeci z prawej.

Myślę, że dziewczęta z sąsiedniej wsi robią sobie żarty.

— Wyjdźcieze!

Między bukami miga czerwony kolor.

Idę za nim.

To błąd numer jeden.

Ścieżka zwęża się, potem znika. Mgła schodzi nisko. Chcę wrócić, ale nie potrafię znaleźć własnych śladów.

Wtedy widzę kobietę.

Stoi tyłem. Ma włosy do pasa i czerwoną czapkę.

— Proszę pani? Gdzie Łopuszna?

Odwraca głowę.

Jej uśmiech jest za szeroki.

— Za tobą.

Odwracam się.

Nikogo.

Kiedy znów patrzę przed siebie, stoją trzy.

◆ ◆ ◆

Budzę się przy podziemnym potoku.

Nie wiem, ile czasu minęło.

Kamień pod plecami zimny. Nad głową sklepienie. Gdzieś dalej świeci zielonkawe światło.

Kobiety mówią między sobą językiem, którego nie znam. Czasem słyszę polskie słowo, ale wypowiedziane odwrotnie albo z dziwnym akcentem.

Nie jestem związana.

To gorsze.

Znaczy, że są pewne, że nie ucieknę.

Pierwszego dnia próbuję.

Korytarz rozdziela się na trzy. Wybieram lewy. Po kilku minutach wracam do tego samego potoku.

Wybieram prawy.

Wracam z drugiej strony.

Środkowy prowadzi do komory, w której jedna z nich czesze długie włosy.

Uśmiecha się.

— Szybko wróciłaś.

Uciekam.

Drugi dzień spędzam na obserwacji.

Jeśli nie mogę znaleźć drogi, muszę znaleźć zasadę.

Dziwożony wychodzą gdzieś o świcie. Wracają z grzybami, ziemniakami, czasem kawałkiem materiału. Jedna ma na szyi dziecięcy medalik.

— Skąd to masz?

— Od dziecka.

— Jakiego?

— Cichego.

Nie pytam dalej.

◆ ◆ ◆

Po kilku dniach pozwalają mi wychodzić nad potok.

Pilnuje mnie najmłodsza. Nazywam ją Czerwona, bo czapkę ma jaśniejszą od innych.

— Czemu mnie trzymacie?

— Bo znalazłaś drogę.

— To wy mnie znalazłyście.

— To samo.

— Nie jest to samo.

Czerwona wzrusza ramionami.

— Dla lasu jest.

Zaczynam zostawiać znaki.

Kamień na kamieniu. Nacięcie na korze. Złamana gałąź zwrócona w stronę Łopusznej.

Następnego dnia wszystko jest przestawione.

Ktoś wie, że szukam drogi.

Wtedy odkrywam pierwszy prawdziwy trop.

Na skraju polany rosną fioletowe dzwonki.

Czerwona idzie przede mną, ale nagle skręca szerokim łukiem.

— Czemu tędy?

— Krócej.

— Prosto jest krócej.

— Nie dla mnie.

Patrzę na kwiaty.

Później sprawdzam drugi raz.

Rzucam jeden zerwany dzwonek na ścieżkę.

Dziwożona zatrzymuje się.

— Zabierz.

— Co?

— To.

— Kwiat?

Jej twarz twardnieje.

— Zabierz.

Udaje mi się nie uśmiechnąć.

Mam zasadę.

◆ ◆ ◆

Nie wiem, ile tygodni mijają.

W domu pewnie uznali mnie za martwą.

Pewnego ranka nad potokiem słyszę dzwonek koński.

Nie krowi. Koński.

Potem męski głos.

— Hej!

Serce uderza mi w gardło.

Czerwona natychmiast łapie mnie za ramię.

— Cicho.

Krzyczę.

— TU!

Dziwożona zaciska mi dłoń na ustach.

Gryzę ją.

Klnie i puszcza.

Z lasu wyskakuje koń, a na nim Jędrzej z Łopusznej.

Znam go.

Prawie spadam z nóg z ulgi.

— Marysia?!

— Zabierz mnie!

Czerwona wydaje ostry dźwięk.

Z lasu odpowiadają inne.

Jędrzej patrzy na mnie, potem na nią.

— Co to jest?

— Później! Jedź!

Wskakuję za niego.

Koń rusza.

◆ ◆ ◆

Pościg zaczyna się natychmiast.

Nie widzę wszystkich dziwożon. Słyszę je. Gałęzie trzaskają po obu stronach. Coś biegnie równolegle do nas między drzewami szybciej niż koń.

— W lewo! — krzyczę.

— Droga jest prosto!

— W lewo!

Jędrzej skręca.

Prowadzę nas ku polanie z dzwonkami.

— Co ty robisz?!

— Szukaj fioletowych kwiatów!

— Teraz?!

— TERAZ!

Wypadamy na łąkę.

Dzwonki rosną pasami między trawą.

— Jedź po nich!

— Zdepczemy!

— Jedź!

Koń wpada między kwiaty.

Za nami rozlega się krzyk.

Odwracam się.

Na skraju polany stoją trzy dziwożony.

Nie wchodzą.

— Dlaczego stoją? — dyszy Jędrzej.

— Bo nie mogą.

— Skąd wiesz?

— Sprawdzałam.

To jedyna przewaga, jaką mamy.

◆ ◆ ◆

Problem w tym, że polana się kończy.

Przed nami las i stromy spadek ku potokowi.

Dziwożony rozbiegają się bokami, żeby czekać tam, gdzie kwiatów nie ma.

— Potrzebujemy dzwonków — mówię.

— Nie mamy czasu zbierać bukietu!

Zsuwam się z konia w biegu, chwytam garść kwiatów razem z korzeniami.

— Co robisz?!

— Trop.

Wsiadam z powrotem.

Kiedy wjeżdżamy między drzewa, rzucam kwiaty za siebie.

Pierwsza dziwożona wyskakuje z lewej. Widzi dzwonek na ścieżce i cofa się tak gwałtownie, jakby natrafiła na ogień.

— Działa — mówi Jędrzej.

— Mam sześć.

— Co sześć?

— Kwiatów.

— A do wsi?

— Za daleko.

— Świetnie.

Jedziemy.

Jeden kwiat przy kamieniu.

Drugi na rozwidleniu.

Trzeci przy brodzie.

Za każdym razem zyskujemy kilka sekund.

Potem zostają dwa.

◆ ◆ ◆

Przy Łopuszance koń ślizga się.

Spadamy.

Jędrzej ląduje w wodzie. Ja na brzegu. Koń zrywa się i ucieka.

— Wstawaj!

Z lasu dochodzi śmiech.

Są blisko.

Jędrzej próbuje stanąć. Krzywi się.

— Noga.

— Złamana?

— Nie wiem.

— To teraz nie czas wiedzieć.

Zostały mi dwa dzwonki.

Kładę jeden na kamieniu między nami a lasem.

— I co?

— Czekamy.

— Na co?

— Aż pokażą, którędy pójdą.

To ryzyko.

Pierwsza dziwożona wychodzi z lewej. Zatrzymuje się przed kwiatem. Druga pojawia się wyżej. Trzeciej nie widzę.

— Brakuje jednej — mówię.

— Jak to?

Za plecami Jędrzeja porusza się trawa.

Trzecia obeszła nas przez wodę.

— Jędrzej, do mnie!

Rzucam ostatni kwiat między nią a nas.

Zatrzymuje się tak blisko, że widzę jej oczy.

Czerwona.

Ta, która mnie pilnowała.

— Wróć — mówi.

— Nie.

— Znalazłaś drogę.

— Właśnie.

— Las cię pamięta.

— Ja też go będę pamiętać.

Jej wzrok pada na ostatni dzwonek.

— Kwiat zwiędnie.

Ma rację.

Musimy ruszyć.

◆ ◆ ◆

Jędrzej opiera się na mnie. Idziemy brzegiem, potem przez łąki.

Słońce jest już nisko.

Dzwon z Łopusznej słyszymy wcześniej, niż widzimy pierwsze domy.

Jędrzej zaczyna się śmiać.

— Co?

— Myślałem, że nie żyjesz.

— Ja też przez chwilę.

— Co powiemy ludziom?

— Prawdę.

— Uwierzą?

Patrzę za siebie.

Na granicy lasu stoją trzy ciemne sylwetki.

— Nie muszą.

◆ ◆ ◆

Matka mdleje, gdy mnie widzi.

Brat pierwszy pyta:

— Gdzie byłaś?

— W lesie.

— Tyle czasu?

— Tam czas jest dziwny.

Opowiadam o pieczarze, korytarzach, potoku, czerwonych czapkach i dzwonkach.

Jedni wierzą. Inni mówią, że ktoś mnie porwał, a resztę wymyśliłam ze strachu.

Ojciec chce iść z ludźmi szukać miejsca.

Prowadzę ich.

Nie znajdujemy wejścia.

Moje kamienne znaki są poprzestawiane.

Polana z dzwonkami jest.

To wszystko.

Jędrzej pokazuje nogę — siną po upadku. Pokazuje miejsce, gdzie dziwożona chwyciła go za kurtkę; materiał jest rozdarty.

— Gałąź — mówi ktoś.

— Możliwe — odpowiada.

Nie kłócimy się.

Bo mamy coś lepszego niż dowód.

Mamy pytanie, którego nie potrafią zamknąć.

◆ ◆ ◆

Mijają lata.

Czasem śni mi się podziemny potok.

Czasem budzę się, bo ktoś woła moje imię spod okna.

Zawsze sprawdzam parapet.

Zwykle nic tam nie ma.

Pewnej zimowej nocy słyszę:

— Marysia, chodź...

Mąż śpi obok.

Podchodzę do okna.

Nie otwieram.

Na zewnętrznym parapecie leży świeży fioletowy dzwonek.

Jest środek zimy.

Patrzę w stronę lasu.

Nie widzę nikogo.

Ale bardzo daleko, tam gdzie zaczyna się czarna linia drzew, miga na chwilę czerwony kolor.

I wtedy rozumiem coś, czego nie rozumiałam podczas ucieczki.

Może to nie dzwonki chroniły mnie przed nimi.

Może po prostu mówiły, gdzie kończy się ich droga.

Pieśń spod watry

Po dzwonkach do domu

Muzyczne dopełnienie Legendy III. Wybierz pieśń albo wersję filmu dopasowaną do ekranu.

Po lekturze: źródło historyczne i zakres rekonstrukcji

Rdzeń źródłowy: Goszczyński zanotował podanie o dziewczynie porwanej z Łopusznej przez dziwożony i odnalezionej w górach przy potoku. Ucieczkę miały umożliwić rosnące na łąkach „dzwonki”, których dziwożony nie mogły przekroczyć.

Motyw źródłowy: podanie o dziewczynie porwanej przez dziwożony w okolicy Łopusznej, zapisane przez Goszczyńskiego. Imiona i dialogi są adaptacją literacką.

Warstwa językowa i pejzażowa tej adaptacji jest dodatkowo inspirowana publicznymi utworami Kazimierza Przerwy‑Tetmajera o Podhalu i górach; nie zmienia to źródłowego rdzenia legendy zapisanego przez Goszczyńskiego.

Ślad w terenieŁopuszanka i lasy nad Łopuszną

Tu krajobraz jest częścią zagadki: potok, leśne percie i kwiaty na łąkach. Idąc nad Łopuszanką, łatwo zrozumieć, dlaczego w dawnych opowieściach właśnie woda i rośliny wyznaczały granicę między światem ludzi a dziwożon.

↑ Wróć do spisu
IVCzerwona czapeczkaŁopuszna · nocna zasadzka na złodzieja bez śladów+
Głos opowieści: Jędrzej — gospodarz, który urządza nocną zasadzkę na złodzieja ziemniaków i szybko żałuje, że chciał poznać prawdę.
Lokalna zagadkaKto noc po nocy wybiera tylko najlepsze ziemniaki, nie zostawiając zwyczajnych ludzkich śladów?Czytaj jak śledczy: najważniejsze tropy nie zawsze są tym, co bohaterowie uznają za najważniejsze.
TABLICA IVIlustracja do legendy IV: Czerwona czapeczka. Łopuszna · nocna zasadzka na złodzieja bez śladów
Tablica IV · „Czerwona czapeczka” · Łopuszna

Przez trzy noce ktoś kradnie mi ziemniaki.

Nie byle jakie.

To właśnie obraża mnie najbardziej.

Zostawia małe, przecięte motyką, nadgniłe. Zabiera największe i najładniejsze, jak gospodyni wybierająca na jarmark.

Czwartego ranka stoję nad rozgrzebaną ziemią.

— Dziś ją capnę — godom.

Żona, Kaśka, patrzy na mnie ponad wiadrem.

— „Ją”?

— Złodzieja.

— Powiedziałeś „ją”.

— Bo złodziejka ma gust.

— Albo dziwożona.

— Albo sąsiad w spódnicy.

Kaśka nie śmieje się.

— Nie leź sam.

— Pilnujem gruli, nie królewskiego skarbu.

Tego wieczoru biorę kij, derkę i latarnię.

Po godzinie żałuję, że nie posłuchałem.

◆ ◆ ◆

Pole po deszczu pachnie tak mocno, że ziemię czuje się na języku. Lubię ten zapach. Człowiek może mieć mało, ale jeśli ma kawałek ziemi pod Łopuszną, kilka gruli, kapustę, krowę i dach, to wie, z czego żyje i komu zawdzięcza każdy dzień. Dlatego złodziej ziemniaków doprowadza mnie do szału bardziej niż niejeden większy grzech.

Wieczorem chowam się przy miedzy. Kaśka niesie mi kożuch.

— Jędrek, wróć do izby.

— Dziś nie.

— Jesce cię wilk capnie.

— To niech czeka w kolejce za złodziejem.

Przewraca oczami.

— Jak zobaczys cosik, nie leć od razu z kijem.

— A co mam zrobić?

— Pomyśleć. Choć roz w zyciu.

Odchodzi, a ja zostaję sam z mokrym polem, nocą i lasem, który rośnie na skraju jak czarna ściana. Księżyc wychodzi dopiero po godzinie. Wtedy widzę ruch między redlinami. Niski. Szybki. Ktoś klęczy i wybiera ziemniaki bez światła.

Wyskakuję z ukrycia.

— STOJ!

Postać odwraca głowę.

Przez jedną sekundę widzę twarz kobiety i czerwoną czapeczkę. Potem rzuca się ku lasowi.

Biegnę za nią, choć już po trzecim kroku wiem, że Kaśka miała rację.

Ziemniaczysko leży pod lasem.

Księżyc wąski. Trawa mokra. Chowam się za stertą gałęzi i czekam.

Najpierw przychodzą myszy.

Potem lis.

Potem nic.

Około północy słyszę szelest.

Nie od strony drogi.

Od lasu.

Ktoś porusza się nisko przy ziemi.

— Mam cię — szepczę.

Wychodzę z kijem.

Postać kuca między redlinami. Włosy spadają jej na plecy. Na głowie ma czerwoną czapeczkę.

— Hej!

Odwraca się.

Twarz widzę tylko przez sekundę. Szerokie oczy. Policzki ciemne od ziemi. Zęby bardzo białe.

Potem rusza.

Nie wstaje jak człowiek. Wystrzeliwuje do przodu na dłoniach i stopach, potem biegnie już normalnie.

— Stój!

Gonię.

To głupie, ale jestem zły o ziemniaki.

— Zostaw worek!

Złodziejka przeskakuje rów. Zahacza głową o gałąź.

Czerwona czapka spada.

Ona zatrzymuje się.

Nie po worek.

Po czapkę.

Ja jestem bliżej.

Podnoszę ją.

W tej samej chwili postać cofa się, jakbym trzymał nóż.

— Oddaj — mówi.

Głos kobiecy, niski.

— Najpierw ziemniaki.

— Oddaj.

— Ziemniaki.

Rzuca worek.

— Teraz.

Patrzę na czapkę.

Mała. Czerwona. Do materiału wszyta gałązka paproci.

— Czemu taka ważna?

Kobieta syczy.

— Oddaj.

I znika między drzewami.

Bez czapki.

◆ ◆ ◆

Wracam do domu z workiem i trofeum.

Kaśka blednie.

— Wyrzuć to.

— Przecież to tylko czapka.

— Sam powiedziałeś, że uciekła bez ziemniaków, ale wróciła po nią.

— Nie wróciła.

— Jeszcze.

Kładę czapkę na stole.

Jest mokra od rosy, choć ziemia była sucha.

W środku znajdujemy trzy rzeczy: paproć, długi włos i mały zasuszony dzwonek.

Kaśka odsuwa się.

— Widzisz?

— Widzę rośliny.

— Jędrek.

— Co?

— Nie rób się głupi tylko dlatego, że się boisz.

To trafia.

◆ ◆ ◆

Próbuję sprawdzić czapkę jak każdą inną rzecz.

Wącham — pachnie ziemią i dymem.

Rozciągam materiał — mocny.

Przykładam do ognia — nie zapala się od razu, tylko ciemnieje.

Zakładam.

Kaśka krzyczy.

— Zdejmij!

— Co?

— Nie widzę cię.

Śmieję się.

— Stoję przed tobą.

— Słyszę cię.

— Kaśka...

Patrzy prosto przeze mnie.

Zdejmuję czapkę.

Cofa się do ściany.

— Pojawiłeś się.

Teraz już się nie śmieję.

— Kłamiesz.

— Załóż jeszcze raz.

— Nie.

To jest pierwszy eksperyment.

Drugiego nie planuję.

Czapkę zamykamy w skrzyni.

◆ ◆ ◆

W nocy ktoś śpiewa pod oknem.

Nie słowa, które znam. Melodia powtarza się co kilka chwil.

Potem głos przechodzi w polski.

— Gospodarzu... oddaj czerwone...

Kaśka ściska moją rękę.

— Nie odpowiadaj.

— Gospodarzu... nie wezmę rzepy...

— Słyszysz? — szepczę. — Umowa.

— Nie targuj się z czymś, czego nie widzisz.

— Właśnie dlatego trzeba się targować.

Podchodzę do okna, ale nie otwieram.

— Nie będziesz kraść?

Cisza.

— Powiedz.

— Nie będę brała twojej rzepy.

— Ani ziemniaków.

Po chwili:

— Ani ziemniaków.

— I nie będziesz chodzić pod oknem.

Głos śmieje się cicho.

— Tego nie obiecam.

Kaśka patrzy na mnie jak na wariata.

— To nie dostaniesz czapki.

Cisza robi się ciężka.

Potem coś uderza w skrzynię.

Od środka.

Raz.

Dwa.

Trzy.

◆ ◆ ◆

Biegnę do skrzyni.

Zamek zamknięty.

Otwieram.

Czapka leży na miejscu.

Ale paproć wszyta w bok jest świeża.

Zielona.

Jeszcze godzinę wcześniej była sucha.

Kaśka mówi:

— Oddaj rano.

— Nie. Teraz chcę wiedzieć, jak działa.

— Jędrek, ona przyszła po swoje.

— A ja chcę wiedzieć, czemu bez tego nie wchodzi po ziemniaki.

— Bo może bez czapki nie może.

Patrzymy na siebie.

To drugi trop.

◆ ◆ ◆

Robimy próbę.

Wychodzę przed dom z czapką w dłoni. Kaśka zostaje przy drzwiach.

Zakładam.

— Widzisz mnie?

— Nie.

Idę po mokrej ziemi.

Kaśka patrzy na ślady butów pojawiające się bez człowieka.

— Zdejmij to natychmiast.

Nie zdejmuję.

Idę ku lasowi.

Świat wygląda inaczej. Ciemność jest jaśniejsza. Widzę ruch między drzewami.

Nie jedną postać.

Kilka.

Stoją blisko, choć przed chwilą nie widziałem nikogo.

Czerwone czapki.

Jedna postać nie ma czapki.

Patrzy dokładnie na mnie.

Mimo że podobno jestem niewidzialny.

— Ty mnie widzisz — mówię.

— To nasze.

— Czyli czapka ukrywa przed ludźmi, nie przed wami.

Kobieta uśmiecha się.

— Szybko uczysz się za cudzym progiem.

— Czemu kradłaś?

— Bo rosło.

— To moje.

— Ziemia nie mówiła.

— Ja mówię.

Robi krok.

— Oddaj.

Zdejmuję czapkę.

Kaśka krzyczy z daleka:

— Jędrek!

— Jestem!

Trzymam czapkę wysoko.

— Umowa. Nie ruszasz moich pól. Oddaję.

— Twoich pól?

— Tych, które uprawiam.

— Lepsze słowo.

Wyciąga rękę.

— I nie podmieniasz nam dzieci.

Jej uśmiech znika.

— Tego nie było w umowie.

— Teraz jest.

Przez chwilę naprawdę myślę, że zrobiłem błąd.

Z lasu dochodzi kilka cichych śmiechów.

Kobieta patrzy na dom.

Potem na mnie.

— Dobrze. Twojego progu nie przekroczymy.

— I pola.

— I pola.

Rzucam czapkę.

Łapie ją w locie.

Zakłada.

Znika.

Nie biegnie. Nie chowa się.

Po prostu przestaje być widoczna.

◆ ◆ ◆

Od tej nocy ziemniaki zostają na miejscu.

Dzieci rodzą się zdrowe.

Pod oknem nikt nie śpiewa.

Prawie.

Raz do roku, zwykle jesienią, kiedy kopię ostatnie ziemniaki, na granicy pola pojawia się jeden idealnie równy rządek pustej ziemi.

Jakby ktoś zebrał plon tylko z tej jednej linii.

Kaśka mówi:

— Umowa była o polu.

— To jest pole.

— Może dla niej granica idzie inaczej.

Któregoś wieczoru stoję przy tym rządku i mówię w stronę lasu:

— Umowa to umowa.

Z drzew odpowiada cichy śmiech.

Następnego ranka w pustym miejscu leży jeden ogromny ziemniak.

Większy niż wszystkie moje.

Nie jemy go.

Sadziłem go przez trzy lata.

Za każdym razem wyrastały tylko małe fioletowe dzwonki.

Po lekturze: źródło historyczne i zakres rekonstrukcji

Rdzeń źródłowy: Goszczyński zanotował historię o góralu, który przyłapał dziwożonę na kradzieży „rzepy” i zatrzymał jej czerwoną czapeczkę. Istota wróciła pod okno, prosząc śpiewem o jej oddanie.

Motyw źródłowy: historia dziwożony i odebranej jej czapeczki zapisana przez Goszczyńskiego. Dialogi, imiona i scena nocnej zasadzki są adaptacją literacką.

Warstwa językowa i pejzażowa tej adaptacji jest dodatkowo inspirowana publicznymi utworami Kazimierza Przerwy‑Tetmajera o Podhalu i górach; nie zmienia to źródłowego rdzenia legendy zapisanego przez Goszczyńskiego.

Ślad w tereniePola Łopusznej pod lasem

Goszczyński wiąże dziwożony z Łopuszną i jej polami. Nie ma jednego „pola czerwonej czapeczki”; warto raczej zobaczyć wieczorne przejście między uprawą a lasem — miejsce, w którym zwykły złodziej może w jednej chwili stać się czymś innym.

↑ Wróć do spisu
VPieczara pod Małą GórąMała Góra nad Łopuszanką · wyprawa pod ziemię+
Głos opowieści: Staszek — młody juhas z Łopusznej. Wchodzisz z nim pod Małą Górę, choć starsi wyraźnie powiedzieli, żeby tego nie robić.
Lokalna zagadkaCo znajduje się za zasypanym wejściem nad Łopuszanką i dlaczego starsi bardziej boją się jego otwarcia niż zawalenia?Czytaj jak śledczy: najważniejsze tropy nie zawsze są tym, co bohaterowie uznają za najważniejsze.
TABLICA VIlustracja do legendy V: Pieczara pod Małą Górą. Mała Góra nad Łopuszanką · wyprawa pod ziemię
Tablica V · „Pieczara pod Małą Górą” · Mała Góra nad Łopuszanką

Mam piętnaście lat i jestem pewny, że starsi kłamią.

To jest początek prawie każdej katastrofy w moim wieku.

Od dziecka słyszę o zasypanym wejściu w Małej Górze nad Łopuszanką. Dziwożony miały tam swoje siedlisko. Pod ziemią — korytarze na wiele mil, czarne rzeki, złote mosty, ściany wysadzane kamieniami.

— Skoro wejście zasypane, skąd wiecie, co jest w środku? — pytam starego bacy.

— Bo ludzie kiedyś wchodzili.

— Kto taki?

— Tacy jako ty.

— I wrócili stamtela?

Baca patrzy na mnie.

— Nie wszyscy.

Ta odpowiedź powinna mnie zatrzymać.

Sprawia, że chcę wejść jeszcze bardziej.

◆ ◆ ◆

Mała Góra od strony wsi wygląda niewinnie. Zielona grapa, las, urwisko nad Łopuszanką. Nic, czego człowiek stela nie widziałby tysiąc razy. Ale wystarczy wejść wyżej, między stare buki, i świat robi się chłodniejszy. Słońce zostaje na koronach, a pod nimi pachnie mokrym kamieniem i liśćmi sprzed wielu jesieni.

Idziemy we trzech: ja, Franek i Wojtek. Każdy udaje odważniejszego, niż jest.

— Baca pedzioł, coby nie iść — mówi Wojtek.

— Baca mówi też, że jak owca patrzy na północ, będzie grad.

— I był.

— Raz.

Franek parska.

— Jak się boicie, to wracajcie.

Nikt nie wraca. Wstyd ma piętnaście lat i chodzi szybciej niż rozum.

Po godzinie znajdujemy głazy. Nie wyglądają jak zwykłe osuwisko. Są ułożone w łuk, a pod jednym zieje szczelina, z której ciągnie zimno. Przykładam twarz. Z wnętrza pachnie wodą.

— Słyszycie?

Cisza.

Potem: kap. Kap. Kap.

I jeszcze coś. Jakby daleki dzwonek.

Franek uśmiecha się szeroko.

— Złote mosty.

— Albo owca — mówię.

— Pod ziemią?

Nie odpowiadam. Zdejmuję z ramienia sznur. W tej chwili jeszcze myślę, że największym problemem będzie wejść do środka. Nie wiem, że trudniejsze okaże się policzyć nas przy wyjściu.

Idziemy we trzech: ja, Franek i Wojtek.

Bierzemy lampkę, sznur, krzesiwo i kawał chleba. Mówimy rodzicom, że pilnujemy owiec.

Wejście rzeczywiście jest zasypane. Głazy, ziemia, korzenie. Ale przy samym dole czujemy przeciąg.

— Jest dziura — mówi Franek.

— Lisia.

— Lis nie robi wiatru.

Kopiemy rękami i kijami. Po godzinie otwór jest na tyle duży, że mogę wsunąć głowę.

Z wnętrza pachnie zimnym kamieniem.

I wodą.

— Wchodzę.

— Ty pierwszy — mówi Wojtek.

— Czemu ja?

— Bo to ty powiedziałeś, że starsi kłamią.

Ma rację.

Przeciskam się.

◆ ◆ ◆

Pierwszy korytarz jest zwyczajny.

Mokra skała. Błoto. Korzenie zwisające z góry.

Po dziesięciu krokach widzę coś, co zwyczajne nie jest.

Na ścianie znajdują się trzy długie rysy.

Równoległe.

Jak po pazurach.

— Niedźwiedź? — szepcze Franek.

— Pod ziemią?

— Może kiedyś było inne wejście.

To rozsądna odpowiedź.

Trzymam się jej.

Idziemy dalej.

Korytarz opada. Słyszymy wodę.

Po chwili dochodzimy do podziemnego strumienia. Nad nim naturalny kamienny łuk.

Franek świeci lampą.

— Złoty most.

Skała błyszczy drobnymi drobinkami.

— Mica — mówię, choć nie mam pojęcia, czy to mica.

— Co?

— Kamień. Nie złoto.

— Skąd wiesz?

— Bo złoto byłoby za łatwe.

Przechodzimy.

◆ ◆ ◆

Za strumieniem znajdujemy pierwszy dowód, że ktoś był tu przed nami.

Ślad sadzy na suficie.

— Lampa — mówi Wojtek.

— Dawno.

Obok leży kawałek glinianego naczynia.

Biorę go.

— Ludzie.

Franek patrzy w głąb.

— Albo dziwożony piją z garnków.

Śmiejemy się zbyt głośno.

Echo odpowiada.

Raz.

Drugi.

Trzeci.

Potem słyszymy czwarte echo, którego żaden z nas nie zrobił.

— Hej! — woła Wojtek.

Z głębi:

— Hej...

Ale głos nie brzmi jak echo.

Brzmi jak dziewczyna.

◆ ◆ ◆

Powinniśmy zawrócić.

Nie zawracamy.

Korytarz rozdziela się.

Na ziemi kładę trzy kamienie, żeby oznaczyć drogę. Wybieramy lewy tunel.

Po kilkudziesięciu krokach widzimy światło.

Zielonkawe.

— Wyjście? — pyta Franek.

Nie.

Ściana pełna jest drobnych kryształów, które łapią światło naszej lampy i oddają je dalej.

Wygląda pięknie.

Za pięknie.

Podchodzę.

Na półce skalnej leży czerwona nitka.

Nie naturalna.

Materiał.

— Czapka? — szepcze Wojtek.

— Kawał szmaty.

Dotykam.

Nitka jest ciepła.

W jaskini, gdzie oddech zamienia się w parę.

Cofam rękę.

— Wracamy.

Pierwszy raz to ja mówię.

◆ ◆ ◆

Wracamy do rozwidlenia.

Trzech kamieni nie ma.

— Przesunęliśmy?

— Położyłem tutaj.

— Może tutaj wyglądało tak samo.

Patrzę na ścianę.

Zostawiłem na niej nacięcie nożem.

Jest.

Kamieni nie ma.

Ktoś je zabrał.

Z głębi dochodzi śmiech.

Cichy.

Kobiecy.

Franek zaczyna się modlić.

— Nie panikuj.

— Ty też się modlisz pod nosem.

— To co innego.

Wybieramy drogę, z której przyszliśmy.

Po pięciu minutach dochodzimy do strumienia.

Ulga.

Przechodzimy most.

Potem widzimy sadzę.

Tylko nie na suficie.

Na lewej ścianie.

— To nie ten tunel — mówię.

— Był strumień.

— Są dwa.

To jest moment, w którym jaskinia przestaje być miejscem, a zaczyna być zagadką.

◆ ◆ ◆

Postanawiamy użyć sznura.

Przywiązuję koniec do wystającego głazu i rozwijam, idąc. Jeśli korytarze nas zawracają, sznur pokaże drogę.

Po stu krokach sznur się napina.

— Koniec?

— Mieliśmy więcej.

Ciągnę.

Z drugiej strony ktoś ciągnie z powrotem.

Zamarzamy.

— Franek, puść.

— Ja nie trzymam.

— Wojtek?

— Też nie.

Sznur drży.

Jedno mocne szarpnięcie.

Wypada mi z dłoni i znika w ciemności.

— Biegniemy.

Nie pytamy dokąd.

◆ ◆ ◆

Wpadamy do szerokiej komory.

Pośrodku czarna woda.

Nad nią wąski skalny most.

A po drugiej stronie stoi ktoś z lampą.

Dziewczyna.

Czerwone nakrycie głowy.

— Tędy — mówi.

— Kim jesteś?

— Chcecie wyjść?

— Tak.

— To tędy.

Wojtek robi krok na most.

Łapię go.

— Czekaj.

Patrzę na wodę.

Nie odbija dziewczyny.

Odbija nas trzech.

Jej nie.

— Nie idziemy.

Uśmiecha się.

— Mądry.

Światło gaśnie.

Komora robi się czarna.

W tej samej chwili z tunelu za nami dobiega szelest wielu bosych stóp.

— Teraz gdzie?! — krzyczy Franek.

— Woda.

— Zwariowałeś?!

— Strumień musi gdzieś wychodzić!

Skaczę.

Woda jest lodowata.

Prąd natychmiast porywa nogi.

Chłopcy wskakują za mną.

◆ ◆ ◆

Płyniemy, czołgamy się, uderzamy kolanami o kamienie.

Miejscami sklepienie jest tak niskie, że twarz mam przy samej wodzie.

Za nami słychać śmiech.

Potem przestaje.

Przed nami pojawia się szare światło.

— Wyjście!

Otwór jest mały. Woda wypływa pod głazem na zbocze Małej Góry.

Przeciskamy się jeden po drugim.

Wypadam na mokrą trawę.

Nigdy wcześniej powietrze nie pachniało tak dobrze.

Franek śmieje się i płacze jednocześnie.

— Mówiłem, że kłamią.

Patrzę na niego.

— O czym?

— Że nie ma przejścia.

— Tego nie mówili.

Wojtek wyciąga coś z kieszeni.

Czerwona nitka.

— Kiedy ją wziąłeś?

— Ja nie brałem.

Nitka jest owinięta wokół jego palca.

◆ ◆ ◆

Wracamy do wsi i oczywiście nikt nam nie wierzy w całość.

Ojciec wierzy w mokre ubranie. Baca wierzy w jaskinię. Matka wierzy, że zasługuję na bicie.

— Pokaż wejście — mówi stary baca.

Prowadzimy go następnego dnia.

Otwór, który wykopaliśmy, jest zasypany.

Nie osunięty trochę.

Zamknięty wielkimi głazami, których trzech chłopców nie potrafiłoby ruszyć.

— To ten?

— Tak.

Baca dotyka kamienia.

— Mówiłem, żeby nie otwierać.

— Skąd wiedziałeś?

— Bo kiedy byłem w twoim wieku, też otworzyliśmy.

Wszyscy trzej milczymy.

— Byłeś w środku?

— Tak.

— Widziałeś most?

Starzec patrzy na mnie ostro.

— Jaki most?

Za szybko.

— Nad czarną wodą.

Jego twarz blednie.

— Ilu was weszło?

— Trzech.

— Ilu wyszło?

— Trzech.

Baca zamyka oczy.

— Nam weszło czterech.

Nie pytam od razu.

— Ilu wyszło?

— Trzech.

◆ ◆ ◆

Od tamtego dnia nie próbuję już otwierać Małej Góry.

Kiedy młodzi pytają, co jest pod głazami, mówię:

— Nie twoja sprawa.

Oczywiście widzę po ich oczach, że właśnie postanowili sprawdzić.

Wtedy dodaję coś, czego mnie nikt nie powiedział:

— Jeśli wejdziesz, licz ludzi przed pierwszym zakrętem. Potem licz przy każdym następnym.

— Po co?

— Bo jeśli nagle będzie was o jednego więcej, nie pytaj, kim jest.

Pytają, czy to żart.

Nie odpowiadam.

Bo do dziś, gdy śni mi się podziemna komora, pamiętam nas trzech stojących przy wodzie.

A w odbiciu widzę cztery sylwetki.

Po lekturze: źródło historyczne i zakres rekonstrukcji

Rdzeń źródłowy: Goszczyński pisał, że pokazano mu pieczarę w urwistym boku Małej Góry na polach Łopusznej nad Łopuszanką. Miejscowi uważali ją za dawne główne siedlisko dziwożon; opowiadano o podziemnych przejściach, wodach, złotych mostach i drogich kamieniach.

Motyw źródłowy: wskazana Goszczyńskiemu pieczara dziwożon w Małej Górze nad Łopuszanką i miejscowe opowieści o podziemnych korytarzach, złotych mostach oraz drogich kamieniach. Bohaterowie i akcja są adaptacją literacką.

Warstwa językowa i pejzażowa tej adaptacji jest dodatkowo inspirowana publicznymi utworami Kazimierza Przerwy‑Tetmajera o Podhalu i górach; nie zmienia to źródłowego rdzenia legendy zapisanego przez Goszczyńskiego.

Ślad w terenieMała Góra nad Łopuszanką — trop zasypanej pieczary

To jeden z najbardziej kuszących śladów terenowych całego zbioru. Goszczyński zapisał, że pokazywano mu urwiste zbocze Małej Góry nad Łopuszanką jako siedzibę dziwożon, a wejście już w jego czasach miało być zawalone głazami. Szukaj krajobrazu i historii — nie rozkopuj ani nie wchodź do nieznanych szczelin.

↑ Wróć do spisu
VISkarb na kurzą stopęPola Łopusznej · nocny pościg za kwiatem i skarbem+
Głos opowieści: Jasiek — chłopak z Łopusznej, który w noc wigilijną postanawia sprawdzić, czy opowieść o skarbie jest prawdziwa.
Lokalna zagadkaCzy skarb naprawdę leży zaledwie na „kurzą stopę” pod ziemią, czy tajemniczy kwiat prowadzi Jaśka gdzieś zupełnie indziej?Czytaj jak śledczy: najważniejsze tropy nie zawsze są tym, co bohaterowie uznają za najważniejsze.
TABLICA VIIlustracja do legendy VI: Skarb na kurzą stopę. Pola Łopusznej · nocny pościg za kwiatem i skarbem
Tablica VI · „Skarb na kurzą stopę” · Pola Łopusznej

W Wigilię człowiek powinien siedzieć przy stole.

Ja stoję po kolana w śniegu i czekam, aż zakwitnie paproć.

Gdyby matka wiedziała, gdzie jestem, połamałaby na mnie warzechę. Ale od trzech zim u nas bieda siedzi przy stole razem z nami. Krowa padła. Dach cieknie. Ojciec po chorobie ledwo chodzi.

A stary Walenty powiedział kiedyś przy ogniu:

— Na polach Łopusznej leży skarb tak płytko, że dzieli cię od niego tylko kurza stopa ziemi.

— Kaj?

— Jakbym wiedział, sam bym wykopał.

— To po cym poznać?

— Florecyna.

— A cóz to?

— Kwiat paproci. Kwitnie raz, o północy. Pokazuje skarb.

Śmiałem się wtedy.

Dziś mam łopatę.

◆ ◆ ◆

W zimową noc pola Łopusznej wyglądają jak morze, które ktoś nagle zatrzymał. Białe fale zasp, czarne płoty, gdzieniegdzie smrek wystający z mroku. Nad wszystkim stoją góry — niewidoczne, ale obecne, jak ludzie w izbie po zgaszeniu światła. Czuję je za plecami.

Idę sam, bo o skarbie nikomu się nie mówi. Śnieg skrzypi tak głośno, że mam wrażenie, iż pół wsi słyszy każdy krok. W kieszeni mam łopatkę, świecę, kawałek chleba i różaniec matki, który zabrałem bez pytania.

— Głupiś — mówię do siebie.

Z ciemności odpowiada mi głos starego Walentego, choć wiem, że to tylko pamięć:

— Głupi ten, co nie próbuje, kie bieda siedzi mu na karku.

Paprocie sterczą spod śniegu jak czarne dłonie. Szukam florecyny. Nie wiem nawet, jak ma wyglądać. Podobno przez jedną chwilę świeci tak, że widać złoto pod ziemią.

Wtem po drugiej stronie pola pojawia się małe światło. Zielonkawe. Niskie. Nie niesie go człowiek, bo porusza się za szybko i bez śladu.

Serce wali mi w piersi.

— Haw?

Światło staje.

Potem rusza ku mnie.

Nie jestem sam.

Mój kuzyn Kuba idzie za mną, choć przez cały wieczór twierdził, że to głupota.

— Przypominam, że ja tylko pilnuję, żebyś nie zamarzł.

— Masz drugą łopatę.

— Na wszelki wypadek.

— Oczywiście.

Księżyc świeci ostro. Śnieg skrzypi. Z Łopusznej dochodzi daleki dźwięk kolędy.

Walenty dał mi trzy wskazówki: florecyna ma świecić zielono, nie wolno odpowiadać na głos wołający po imieniu i kiedy zobaczysz kwiat, masz iść za nim, ale nie dotykać go pierwszy.

— Dlaczego?

— Bo pierwszy dotyka ten, kto chce cię od skarbu odciągnąć.

Nie wiem, co to znaczy.

Kuba mówi, że Walenty był pijany.

Ja mówię, że pijani czasem pamiętają lepsze historie.

◆ ◆ ◆

O północy nic się nie dzieje.

Stoimy przy starej miedzy. Paprocie wystają spod śniegu jak czarne dłonie.

— Wracamy — mówi Kuba.

— Jeszcze chwilę.

— Minęła północ.

— Skąd wiesz dokładnie?

— Dzwon był.

— Może za wcześnie.

Wtedy widzę zielone światło.

Nie płomień. Mały punkt kilka kroków dalej.

— Kuba.

— Widzę.

Podchodzimy.

Spod śniegu wyrasta cienka łodyga. Na niej coś jak mały kwiat, którego jeszcze chwilę temu nie było.

Świeci słabo, ale wyraźnie.

Kuba robi krok.

— Nie dotykaj.

— Chcę tylko zobaczyć.

Z lasu ktoś woła:

— Jasiek...

Zamarzam.

Głos matki.

— Jasiek, chodź do domu.

Kuba patrzy na mnie.

— To twoja matka?

— Nie odpowiadaj.

— Ale brzmi...

— Nie odpowiadaj.

Kwiat pochyla się, choć nie ma wiatru.

Jakby wskazywał kierunek.

◆ ◆ ◆

Idziemy za zielonym blaskiem.

Nie wyrywam kwiatu. Co kilka kroków pojawia się następny. Jeden gaśnie, drugi zapala się dalej.

— To ktoś ustawił — szepcze Kuba.

— Kto?

— Walenty. Chce się pośmiać.

— W śniegu? W nocy?

— Może.

To pierwsza hipoteza.

Sprawdzamy ślady.

Nasze są wyraźne. Obok nie ma żadnych.

Kwiaty pojawiają się przed nami bez śladu człowieka.

Hipoteza słabnie.

Po kwadransie dochodzimy do samotnego jaworu na polu.

Zielone światło znika.

— I co?

— Tu.

— Skąd wiesz?

Na śniegu leży pojedyncze pióro koguta.

Białe.

— Kurza stopa — mówi Kuba.

— Pióro to nie stopa.

— Ale kura blisko.

— Bardzo śmieszne.

Kopię.

◆ ◆ ◆

Ziemia jest twarda jak kamień.

Po kilku uderzeniach łopata trafia w coś metalowego.

Brzęk.

Patrzymy na siebie.

— Jest.

Kopiemy szybciej.

Pół metra. Potem mniej. Pojawia się róg skrzynki.

Małej, żelaznej.

Kuba klęka.

— Mówiłem, że warto pilnować, żebyś nie zamarzł.

Wyciągamy skrzynkę.

Zamek zardzewiały. Rozbijam go kamieniem.

W środku nie ma złota.

Jest dziecięcy bucik.

Mały grzebień.

I zwinięty kawałek materiału.

— Co to jest?

Rozwijam.

Czerwona czapeczka.

Cofamy się jednocześnie.

— To nie skarb — mówi Kuba.

— Może nie nasz.

Z lasu odzywa się śmiech.

Zielone światło pojawia się dalej.

Jakby mówiło: jeszcze nie.

◆ ◆ ◆

Powinniśmy wrócić.

Idziemy dalej.

Teraz kwiaty prowadzą nas ku Łopuszance. Głos matki wraca.

— Jasiek...

Potem głos ojca.

— Synu, pomóż mi.

Zaciskam zęby.

Kuba słyszy coś swojego. Widzę po twarzy.

— Kto?

— Moja siostra.

— Nie odpowiadaj.

— Nie żyje od dwóch lat.

To zdanie zabiera resztę żartu z całej wyprawy.

Przy potoku światła rozdzielają się.

Jedna ścieżka zielonych punktów idzie w prawo, druga w lewo.

— Która?

Przypominam sobie słowa Walentego: pierwszy dotyka ten, kto chce cię od skarbu odciągnąć.

— Nie patrz na kwiaty.

— Co?

— Patrz na śnieg.

Przy lewej ścieżce brak śladów.

Przy prawej widzę coś ledwo widocznego: trzy małe odciski, jakby ptasie, ale za duże.

— Ktoś tędy szedł.

— Czyli ta?

— Albo właśnie nie.

Wybieram lewą.

Światła po prawej gasną natychmiast.

Dobry znak albo bardzo zły.

◆ ◆ ◆

Lewy trop prowadzi na otwarte pole.

Pośrodku stoi stary kamień graniczny.

Na nim kwiat świeci mocniej niż wszystkie.

Nie dotykam.

Obchodzę kamień.

Z drugiej strony śnieg jest zapadnięty.

Kopiemy.

Tym razem tylko kilka uderzeń.

Łopata wpada w miękką ziemię.

„Kurza stopa” — prawie nic.

Pod spodem jest gliniany garnek.

Kuba śmieje się nerwowo.

— Teraz złoto.

Otwieramy.

Monety.

Nie dużo. Kilkanaście srebrnych, kilka większych, starych.

Wystarczająco, by naprawić dach i kupić cielę.

— Bierzemy.

Wyciągam rękę.

Z ciemności ktoś mówi:

— Jasiek.

Nie głos matki.

Głos dziecka.

— Ile weźmiesz?

Zamarzam.

— Kuba, słyszałeś?

— Tak.

— Nie odpowiadaj.

— Ale pyta.

— Właśnie dlatego.

Kwiat na kamieniu gaśnie.

◆ ◆ ◆

Bierzemy połowę.

Nie wiem dlaczego.

Może ze strachu. Może z poczucia, że skarb, który leżał tu dłużej niż my żyjemy, nie jest całkiem nasz.

Kuba chce wszystko.

— Przyszliśmy po to.

— Po pomoc, nie po bogactwo.

— A kto ustala różnicę?

— Ja dzisiaj.

Zostawiam resztę w garnku. Zakopuję.

Kiedy kończę, zielone światło pojawia się na chwilę przy naszym pierwszym śladzie.

Jakby ktoś zaakceptował odpowiedź.

Wracamy.

Głosy nie wołają.

◆ ◆ ◆

Rano matka patrzy na monety i nie pyta od razu, skąd.

Potem pyta.

Kłamię, że znaleźliśmy stary garnek przy miedzy.

To prawie prawda.

Ojciec ogląda jedną monetę.

— Bardzo stara.

— Ile wziąłeś?

Patrzę na niego.

— Skąd wiesz, że było więcej?

Ojciec odkłada monetę.

— Bo każdy skarb zostawia człowiekowi pytanie, czy wziął za dużo.

Nie dopytuję.

◆ ◆ ◆

Po latach wracam do kamienia.

Chcę sprawdzić, czy garnek nadal tam jest.

Kopię dokładnie w miejscu, które pamiętam.

Nic.

Głębiej.

Nic.

Przesuwam się o krok.

Nic.

Ziemia wygląda, jakby nikt jej nigdy nie ruszał.

Na kamieniu rośnie mała paproć.

Jest lato, więc nic dziwnego.

Kiedy odchodzę, za plecami słyszę dziecięcy głos:

— Jasiek... teraz już wiesz, gdzie.

Nie odwracam się.

Bo po latach zrozumiałem drugą część zagadki.

Najtrudniejsze nie było znaleźć skarb.

Najtrudniejsze było wiedzieć, kiedy przestać szukać.

Po lekturze: źródło historyczne i zakres rekonstrukcji

Rdzeń źródłowy: według podania zapisanego przez Goszczyńskiego na polach Łopusznej miał leżeć skarb zakopany bardzo płytko. Miejsce mogła wskazać tajemnicza „florecyna”, roślina zakwitająca w niezwykłej chwili.

Motyw źródłowy: podanie o skarbie na polach Łopusznej i florecynie wskazującej jego miejsce. Bohaterowie, scena wigilijna i dialogi są adaptacją literacką.

Warstwa językowa i pejzażowa tej adaptacji jest dodatkowo inspirowana publicznymi utworami Kazimierza Przerwy‑Tetmajera o Podhalu i górach; nie zmienia to źródłowego rdzenia legendy zapisanego przez Goszczyńskiego.

Ślad w tereniePola Łopusznej — skarb bez mapy

Właśnie brak dokładnego miejsca jest sednem podania. Skarb miał leżeć zaskakująco płytko na polach Łopusznej, lecz ujawniać się tylko temu, kto potrafi odczytać właściwy znak.

↑ Wróć do spisu
VIISmok z czarnoksięskiej księgiGorce · obcy z czarną księgą i głos ze skały+
Głos opowieści: Wojtek — młody juhas pilnujący owiec wysoko nad doliną. To ty pierwszy widzisz obcego z czarną księgą.
Lokalna zagadkaKim jest człowiek, który zna słowo otwierające skałę, i co naprawdę odpowiada na jego wezwanie?Czytaj jak śledczy: najważniejsze tropy nie zawsze są tym, co bohaterowie uznają za najważniejsze.
TABLICA VIIIlustracja do legendy VII: Smok z czarnoksięskiej księgi. Gorce · obcy z czarną księgą i głos ze skały
Tablica VII · „Smok z czarnoksięskiej księgi” · Gorce

Pierwszy raz widzę cudzoziemca pod koniec lata.

Siedzę z owcami wysoko nad doliną. Słońce schodzi, trawa pachnie ciepłem. Z lasu wychodzi człowiek w długim płaszczu.

Nie ma konia. Nie ma psa.

Niesie skrzynię i grubą księgę oprawioną w czarną skórę.

— Dobry wieczór — mówi po polsku twardo.

— Dobry.

— Jest tu skała, która brzmi pusto.

Patrzę na niego.

— Skał haw dość.

— Ta odpowiada.

— Komu?

Uśmiecha się.

— Temu, kto zna pytanie.

Powinienem odejść z owcami.

Zostaję.

◆ ◆ ◆

Owce znają góry lepiej od ludzi. Czują wodę pod kamieniem, wracają do tej samej trawy, wiedzą, kiedy nie wchodzić między smreki. Ja uczę się od nich od dziecka. Na hali człowiek nie ma zegara; ma cień, wiatr i głosy ptaków. Nie ma mapy; ma grzbiety, potoki i percie.

Dlatego cudzoziemiec drażni mnie od pierwszej chwili. Nie patrzy na góry jak człowiek, który chce przez nie przejść. Patrzy, jakby czegoś w nich szukał. Jakby były zamkiem z ukrytym wejściem.

— Skądeście? — pytam.

— Z daleka, juhasie.

— To wiem. Stela tak się nie chodzi.

Spogląda na moje kierpce, potem na swoje błyszczące buty.

— A jak się chodzi stąd?

— Tak, coby góra cię puściła.

Śmieje się krótko.

— Góra nie ma woli.

W tej samej chwili spod ziemi dobiega niski pomruk. Owce podnoszą głowy. Wszystkie naraz.

Obcy przestaje się śmiać.

— Słyszałeś?

— Słyszę syćko, co trzeba.

Kładzie czarną księgę na głazie i zaczyna przewracać kartki. Wiatr, który jeszcze przed chwilą ciągnął od Turbacza, nagle siada. Nawet trawa przestaje falować.

Wtedy pierwszy raz myślę, że może to nie on czegoś szuka w górze. Może góra właśnie rozpoznała jego.

Nazywa się Friedrich. Tak mówi.

Płaci mi srebrną monetą, żebym pokazał mu urwisko, przy którym baca słyszał kiedyś dudnienie spod ziemi.

— Szukacie rudy?

— Czegoś starszego.

— Skarbu?

— Skarb jest tylko rzeczą, której ktoś chce. Ja chcę przejścia.

Docieramy do skały przed zmrokiem.

Friedrich rozkłada księgę.

Kartki są zapisane znakami, których nie znam.

— To po niemiecku?

— Nie.

— Po łacinie?

— Też nie.

— To jak czytacie?

Patrzy na mnie.

— Ostrożnie.

◆ ◆ ◆

Pierwszy eksperyment wygląda głupio.

Friedrich uderza metalowym prętem w skałę w kilku miejscach.

Dźwięk zmienia się.

Na środku jest głębszy.

— Pusto — mówię.

— Tak.

— Jaskinia.

— Być może.

Potem stawia na ziemi miskę z wodą. Kładzie na powierzchni cienką igłę.

Mówi kilka słów z księgi.

Igła obraca się ku skale.

— Magnes — mówię.

— Dobrze.

— Czyli oszustwo.

— Nauka też bywa oszustwem dla człowieka, który nie zna mechanizmu.

Nie lubię go.

Jeszcze bardziej chcę wiedzieć, co robi.

◆ ◆ ◆

Następnego dnia wraca z siodłem.

Bez konia.

— Po co siodło?

— Jeśli wszystko pójdzie dobrze, nie będę wracał pieszo.

Śmieję się.

On nie.

Owce są niespokojne. Nie chcą podejść do skały.

Friedrich otwiera księgę.

Tym razem słowa wypowiada głośniej.

Powietrze robi się ciężkie.

Niebo nadal czyste, ale wiatr milknie.

Z wnętrza skały odpowiada stuk.

Jeden.

Potem drugi.

Jakby coś od środka uderzyło pazurem.

— Co tam jest? — pytam.

— Nie wiem.

— To po co wołacie?

— Żeby się dowiedzieć.

To najgorsza odpowiedź, jaką może dać ciekawy człowiek.

◆ ◆ ◆

Skała pęka.

Najpierw cienka linia. Potem szczelina poszerza się na szerokość dłoni.

Z wnętrza idzie gorące powietrze.

Owce uciekają.

— Zamknijcie to.

Friedrich nie słucha.

Mówi ostatnie słowo.

Szczelina otwiera się gwałtownie.

Coś wychodzi.

Nie potrafię powiedzieć, że „smok”, bo wtedy brzmi to jak bajka.

Widzę łeb większy od końskiego. Ciemne łuski. Długą szyję. Skrzydła złożone przy ciele. Oczy odbijające światło jak węgle.

Czuję zapach rozgrzanego metalu.

Friedrich stoi nieruchomo.

— Spokojnie.

— Do mnie mówicie czy do niego?!

— Do obu.

Stworzenie wysuwa się ze skały.

Nie ryczy.

Patrzy.

To gorsze.

Friedrich podchodzi z siodłem.

— Zwariowaliście.

— Prawdopodobnie.

Zakłada siodło na grzbiet stworzenia.

A ono pozwala.

◆ ◆ ◆

Przez kilka następnych dni Friedrich lata nad górami.

Tak. Lata.

Nie wysoko jak ptak. Raczej przenosi się z grzbietu na grzbiet, czasem znika w chmurach.

Ludzie widzą.

Jedni mówią smok. Inni wielki ptak. Jeszcze inni, że Niemiec zbudował machinę.

Ja wiem, co widziałem z bliska.

Ale nadal szukam rozsądnej odpowiedzi.

— Może to zwierzę z daleka — mówię staremu bacy.

— Może.

— Może je wytresował.

— Może.

— Czemu wszystko „może”?

— Bo jak człowiek powie za szybko „wiem”, przestaje patrzeć.

— To co widzisz?

Baca patrzy na skałę.

— Widzę, że coś było zamknięte. I ktoś uznał, że jego ciekawość jest ważniejsza od zamka.

◆ ◆ ◆

Problem zaczyna się, gdy smok bierze owcę.

Nie moją. Sąsiada.

Potem drugą.

Friedrich mówi, że to przypadek.

— Zwierzę musi jeść.

— Nie naszym kosztem.

— Zapłacę.

— A jak weźmie dziecko?

Milczy.

Wtedy pojawia się baca Mateusz.

Stary, silny, człowiek, który nie znosi cudzych eksperymentów na własnej hali.

— Zamknij to z powrotem.

Friedrich odpowiada:

— Nie da się.

— Otworzyłeś.

— Otwieranie i zamykanie to różne sztuki.

Mateusz spluwa.

— To ja znam trzecią.

◆ ◆ ◆

Następnego ranka smok schodzi nisko.

Mateusz czeka z rusznicą.

Ja próbuję go powstrzymać.

— Nie wiecie, co się stanie.

— Wiem, co się stanie, jak nic nie zrobię.

Strzał.

Stworzenie szarpie skrzydłem.

Friedrich krzyczy z góry.

Drugi strzał.

Smok spada za grzbiet.

Biegniemy.

Kiedy docieramy, stworzenie leży między drzewami. Friedrich klęczy obok.

— Co zrobiłeś?!

Mateusz przeładowuje.

— To, czego ty nie umiałeś.

Smok umiera cicho.

Friedrich zamyka oczy.

Potem patrzy na nas z nienawiścią.

— Nie rozumiecie, co zabiliście.

— Owcożercę — mówi Mateusz.

— Klucz.

— Do czego?

Friedrich patrzy ku skale.

— Teraz już nieważne.

◆ ◆ ◆

Cudzoziemiec znika tej samej nocy.

Zostawia skrzynię, ale zabiera księgę.

Myślimy, że sprawa skończona.

Tydzień później przychodzi drugi obcy.

Inny człowiek, ten sam twardy akcent.

— Gdzie jest zwierzę?

Mateusz patrzy na niego.

— Jakie?

— To, które należało do mojego pana.

— Nie należało do nikogo.

— Wszystko, co wywołane, ma właściciela.

Czuję zimno.

— Skąd wiecie?

Mężczyzna pokazuje znak na dłoni.

Taki sam widziałem w księdze Friedricha.

— Kto was przysłał?

— Ten, który dał księgę.

— Gdzie jest Friedrich?

— Jeśli wrócił bez zwierzęcia, nie chciałbym być nim.

◆ ◆ ◆

Prowadzimy obcego do miejsca, gdzie zakopaliśmy smoka.

Grób jest pusty.

Ziemia rozgrzebana od środka.

Nie ma kości. Nie ma łusek.

Tylko głęboki ślad ciągnący się ku skale.

Mężczyzna kuca.

Uśmiecha się.

— Dobrze.

— Co dobrze?!

— Nie zabiliście go.

Mateusz unosi rusznicę.

— Widziałem, jak zdechł.

— Widziałeś, jak przestał się ruszać.

— To to samo.

— Nie dla niego.

Obcy podchodzi do pękniętej skały.

Szczelina jest zamknięta.

Kładzie dłoń.

Z głębi odpowiada jeden długi wdech.

◆ ◆ ◆

Mężczyzna odchodzi bez dalszych wyjaśnień.

Friedricha nigdy więcej nie widzę.

Księgi też nie.

Mateusz do końca życia twierdzi, że zabił zwierzę i że ktoś musiał wykopać ciało.

Może.

Ja czasem wracam do skały.

Znajduję na ziemi ślady, jakby coś ciężkiego przesuwało się w szczelinie.

Nie łapy. Nie buty.

Kiedy nocą wiatr nagle milknie, przykładam ucho do kamienia.

Nie robię tego często.

Raz usłyszałem z głębi dwa uderzenia.

Jak pazury.

Odszedłem.

Bo po latach została mi z całej tej sprawy jedna zasada:

Jeśli skała odpowiada, nie zawsze trzeba zadawać drugie pytanie.

Po lekturze: źródło historyczne i zakres rekonstrukcji

Rdzeń źródłowy: Goszczyński zanotował wierzenie o czarnoksięskich księgach i smoku wychodzącym ze skały na wezwanie. W opowieści pojawiał się cudzoziemiec jeżdżący na smoku oraz baca, który potwora zabił.

Motyw źródłowy: góralska opowieść o smoku przywoływanym ze skały za pomocą czarnoksięskiej księgi. Miejsce nie zostało przez Goszczyńskiego precyzyjnie wskazane. Dialogi i sceny są adaptacją literacką.

Warstwa językowa i pejzażowa tej adaptacji jest dodatkowo inspirowana publicznymi utworami Kazimierza Przerwy‑Tetmajera o Podhalu i górach; nie zmienia to źródłowego rdzenia legendy zapisanego przez Goszczyńskiego.

Ślad w terenieGorce nad Łopuszną — skała, której nie nazwano

Goszczyński zachował motyw skały i smoka, ale bez współczesnego punktu GPS. To jedna z legend, które zostawiają czytelnika z mapą pełną możliwych miejsc, zamiast z jednym wygodnym adresem.

↑ Wróć do spisu
VIIIGłowa z Jaworzyny KamienickiejJaworzyna Kamienicka · zbrodnia, której góra nie chce ukryć+
Głos opowieści: Michał — najmłodszy w zbójnickiej bandzie. Jesteś świadkiem zazdrości, zbrodni i dowodu, którego nie da się ukryć.
Lokalna zagadkaKto zabił najlepszego z bandy i dlaczego jedyny dowód zbrodni wraca, ilekroć próbujecie się go pozbyć?Czytaj jak śledczy: najważniejsze tropy nie zawsze są tym, co bohaterowie uznają za najważniejsze.
TABLICA VIIIIlustracja do legendy VIII: Głowa z Jaworzyny Kamienickiej. Jaworzyna Kamienicka · zbrodnia, której góra nie chce ukryć
Tablica VIII · „Głowa z Jaworzyny Kamienickiej” · Jaworzyna Kamienicka

Jasiek jest lepszy od nas wszystkich.

To jego wyrok.

Na Jaworzynie Kamienickiej śmiejemy się z tego jeszcze rano. Przeskakuje przez potok szerzej niż ktokolwiek, strzela do szyszki z takiej odległości, że ja ledwo ją widzę, a wieczorem dziewczęta patrzą tylko na niego.

Herszt, Wrona, też widzi.

— Jeszcze raz — mówi, gdy Jasiek trafia monetę postawioną na pniu.

— Na co? — pyta Jasiek.

— Bo raz to szczęście.

Jasiek strzela drugi raz.

Moneta spada.

— Dwa razy to też szczęście? — pyta.

Wrona się uśmiecha.

Ale jego oczy nie.

Ja stoję najbliżej i widzę.

To pierwszy trop.

◆ ◆ ◆

Jaworzyna Kamienicka ma taki rodzaj piękna, który człowieka czyni zuchwałym. Polana otwiera się szeroko, wiatr pędzi po trawie, a w pogodny dzień wydaje się, że świat leży pod nogami i nic nie może cię dosięgnąć. Właśnie tam najłatwiej zapomnieć, że las stoi dookoła i patrzy.

Jasiek mówi, że po życiu chciałby być pochowany właśnie tutaj.

— Żeby ci dziewki mogły nosić kwiatki? — drwię.

— Nie. Żeby Wrona musiał patrzeć na mój grób.

— Cicho, syćko słyszy.

Jasiek wzrusza ramionami.

— Niech słyszy. Hyr ma uszy dłuższe od człowieka.

Te słowa wracają do mnie wieczorem, kiedy Jasiek nie pojawia się przy ogniu. Wracają rano, gdy znajdujemy jego ślady. I później, kiedy stoję nad miejscem, w którym ziemia jest rozkopana, choć nikt nie przyznaje, że kopał.

Klękam i dotykam trawy. Wilgotna. Na jednym źdźble ciemnieje kropla, zbyt gęsta, by była rosą.

— Wrona — mówię.

Herszt stoi kilka kroków dalej.

— Cóz?

— Nic takiego.

Patrzę na niego i po raz pierwszy w życiu rozumiem, że największy strach nie przychodzi wtedy, gdy nie wiesz, co się stało. Przychodzi wtedy, gdy już prawie wiesz, tylko nie masz odwagi powiedzieć tego głośno.

Jestem najmłodszy w bandzie. Nazywają mnie Michałek, choć mam dziewiętnaście lat.

Zadanie mam proste: patrzeć, słuchać, nie zadawać pytań.

Dlatego słyszę więcej niż inni.

Dwa dni później Wrona i Jasiek kłócą się przy ogniu.

— Ludzie słuchają mnie — mówi Wrona.

— Bo masz najwięcej lat.

— Bo jestem hersztem.

— To prawie to samo.

Ktoś parska śmiechem.

Wrona patrzy na każdego po kolei.

Śmiech umiera.

Następnego ranka Jasiek znika.

◆ ◆ ◆

Wrona mówi, że poszedł sam do doliny.

Nie wierzę.

Po pierwsze, koń Jaśka nadal jest przywiązany.

Po drugie, jego torba z prochem leży pod szałasem.

Po trzecie, w nocy słyszałem dwa głosy w lesie.

Jeden Jaśka.

Drugi Wrony.

— Gdzie Jasiek? — pytam Franka.

— Herszt powiedział.

— A ty wierzysz?

Franek patrzy na mnie.

— Chcesz długo żyć?

— Tak.

— To wierz.

Nie potrafię.

◆ ◆ ◆

Idę tropem.

W lesie znajduję odciski dwóch par butów. Jeden większy — Wrony. Drugi z pęknięciem na obcasie — Jaśka.

Prowadzą ku parowowi.

Wraca tylko jeden zestaw.

Serce zaczyna mi bić szybciej.

Schodzę niżej.

Na kamieniu widzę krew.

Niewiele.

Dalej ślad ciągnięcia.

Potem nic, bo ziemia urywa się nad stromym zboczem.

— Michałek.

Odwracam się.

Wrona stoi za mną.

— Zgubiłeś drogę?

— Szukałem Jaśka.

— Mówiłem, że zszedł.

— Bez konia?

Patrzy na mnie.

Za późno rozumiem, że powiedziałem o jeden fakt za dużo.

— Wracaj na polanę.

— A jeśli spadł?

— Wracaj.

Idę.

Czuję jego wzrok między łopatkami.

◆ ◆ ◆

Wieczorem Wrona przynosi głowę.

Nie od razu ją widzę.

Ma zawinięty worek. Dwóch starszych pomaga mu nieść.

Franek blednie.

— Co jest?

Wrona rzuca worek na ziemię.

Włosy wysuwają się spod płótna.

— Znalazłem Jaśka — mówi.

Nikt nie pyta, dlaczego sama głowa.

Wrona opowiada, że Jasiek spadł, że ciało zabrała przepaść, że głowa została między kamieniami.

Kłamie źle.

Na szyi cięcie jest równe.

Nie od skały.

Od ostrza.

Patrzę na nóż przy pasie Wrony.

Świeżo umyty.

Drugi trop.

◆ ◆ ◆

Wrona każe wyrzucić głowę do parowu.

Robimy to.

Następnego ranka leży na środku Jaworzyny.

Nie przy lesie.

Nie przy parowie.

Na trawie między nami.

Włosy rozłożone dookoła.

Franek krzyczy pierwszy.

— Kto ją przyniósł?!

Nikt.

Wrona kopie głowę butem.

— Który robi sobie żarty?

Milczymy.

— Pytam!

Ja patrzę na trawę.

Rosa jest nienaruszona wokół.

Nie ma śladów stóp.

To trzeci trop.

◆ ◆ ◆

Wrona każe mi i Frankowi wynieść głowę daleko.

— Jak daleko?

— Tak, żeby nie wróciła.

Pakujemy ją w worek. Idziemy godzinę. Schodzimy do głębokiego żlebu.

— Tutaj.

Franek patrzy na worek.

— Michał, on go zabił.

— Wiem.

— Co zrobimy?

— Nic takiego.

— To po co szukasz tropów?

Nie mam dobrej odpowiedzi.

— Żeby wiedzieć.

— Wiedza nie zatrzyma noża.

Rzucamy worek.

Spada długo.

Słyszymy uderzenie.

Wracamy inną drogą.

◆ ◆ ◆

Głowa czeka na nas przy ognisku.

Wrona nie mówi nic przez kilka minut.

Potem strzela w nią z pistoletu.

Kula trafia w ziemię.

— Jak chybiłeś? — pyta ktoś.

Wrona strzela drugi raz.

Znowu obok.

Trzeci.

Głowa leży nieruchomo.

Żaden pocisk jej nie dotyka.

Wrona rzuca broń.

— Dość!

Podchodzi z siekierą.

— Nie! — mówię.

Wszyscy patrzą na mnie.

— Co „nie”?

— Jeśli to wraca, może chce czegoś innego niż kolejnego cięcia.

Wrona jest przy mnie w dwóch krokach.

— Chcesz powiedzieć, że wiesz, czego chce?

— Nie.

— To milcz.

Jego twarz jest tak blisko, że czuję alkohol.

— Tak jak milczałeś tamtej nocy? — pytam.

Zapada cisza.

To mój błąd.

◆ ◆ ◆

Wrona wyciąga nóż.

Franek staje między nami.

— Herszt, chłopak nic nie wie.

— Wie za dużo.

— Wszyscy wiemy.

To zaskakuje wszystkich.

Jeden po drugim ludzie spuszczają wzrok.

Wrona rozumie.

Nie tylko ja połączyłem tropy.

— Jasiek chciał mnie zastąpić — mówi.

Nikt nie odpowiada.

— Śmialiście się ze mną za plecami.

— Nie chciał — mówi Franek. — To ty się bałeś, że będzie chciał.

Wrona rzuca się na niego.

Zaczyna się walka.

Krótka, brudna. Nie heroiczna.

Ktoś przewraca ławę. Pistolet wypada. Wrona ucieka ku lasowi.

Głowa Jaśka nadal leży przy ogniu.

Patrzy w stronę, w którą pobiegł.

◆ ◆ ◆

Słyszymy krzyk po minucie.

Biegniemy.

Wrona leży przy parowie, ten sam, z którego kazał wyrzucać głowę.

Nie spadł.

Klęczy na krawędzi.

— Zabierzcie ją! — wrzeszczy.

— Cóz?

— Jest za mną!

Za nim nikogo.

— Wrona, odejdź od krawędzi.

— Ona mówi!

— Co mówi?

Patrzy na mnie.

— Żebym powiedział.

— Cóz?

— Prawdę.

— To powiedz.

Trzęsie się.

— Zabiłem go.

Las milczy.

— Dlaczego?

— Bo był lepszy.

To wszystko.

Żadnego spisku. Żadnej zdrady. Zazdrość.

Najprostszy motyw okazuje się najgorszy.

Wrona zaczyna płakać.

— Teraz zabierzcie ją.

Odwracam się.

Na ścieżce za nami leży głowa Jaśka.

Choć została przy ognisku.

◆ ◆ ◆

Wrona odchodzi z bandy tej samej nocy.

Nikt go nie zatrzymuje.

Głowę próbujemy pochować.

Kopiemy głęboki dół na skraju polany. Owijamy ją płótnem. Kładziemy kamienie.

Rano kamienie są na miejscu.

Grób zamknięty.

A głowa leży na trawie.

— Czego jeszcze chce? — pyta Franek.

Nie wiem.

— Może nie chce być tutaj bez reszty.

— Ciała nie znajdziemy.

— Spróbujmy.

Schodzimy do parowu.

Po kilku godzinach znajdujemy ciało zaklinowane między głazami.

Równe cięcie potwierdza wyznanie Wrony.

Przynosimy je na polanę.

Tym razem chowamy razem.

◆ ◆ ◆

Następnego ranka grób jest zamknięty.

Głowy nie ma na trawie.

Pierwszy raz od kilku dni oddychamy.

Franek mówi:

— Rozwiązane.

Patrzę na mogiłę.

— Prawie.

— Co jeszcze?

— Wrona.

Nigdy nie dowiadujemy się, gdzie poszedł.

Po latach ludzie mówią tylko o głowie, która wracała na Jaworzynę Kamienicką. Nie mówią o tropach, o krwi na kamieniu, o jednym zestawie śladów wracającym z lasu.

Może legenda woli duchy niż zwykłą zazdrość.

Ja pamiętam jedno i drugie.

I kiedy ktoś pyta mnie, co było straszniejsze — głowa wracająca na polanę czy człowiek, który ją odciął — odpowiadam bez zastanowienia:

— Człowiek.

Bo głowa przynajmniej chciała, żeby prawda wyszła na jaw.

Po lekturze: źródło historyczne i zakres rekonstrukcji

Rdzeń źródłowy: na Jaworzynie Kamienickiej miała pojawiać się odcięta głowa młodego zbójnika zamordowanego z zazdrości przez herszta. Według zapisu wynoszono ją i zrzucano daleko, lecz wracała na polanę.

Motyw źródłowy: opowieść o powracającej głowie na Jaworzynie Kamienickiej, zanotowana przez Goszczyńskiego. Imiona, dialogi oraz szczegóły scen są adaptacją literacką.

Warstwa językowa i pejzażowa tej adaptacji jest dodatkowo inspirowana publicznymi utworami Kazimierza Przerwy‑Tetmajera o Podhalu i górach; nie zmienia to źródłowego rdzenia legendy zapisanego przez Goszczyńskiego.

Ślad w terenieJaworzyna Kamienicka

Tu trop jest wyjątkowo konkretny. Jaworzyna Kamienicka istnieje naprawdę w Gorcach i właśnie z nią Goszczyński wiąże opowieść o zbójniku i głowie, której nie dawało się usunąć z polany.

↑ Wróć do spisu
IXKamień Świętej KingiŁopuszna nad Dunajcem · pościg, modlitwa i ślad w kamieniu+
Głos opowieści: Kinga — uciekająca przed tatarskim pościgiem. Część historii opowiadasz jej głosem, część oczami człowieka, który wiele lat później odnajduje ślad.
Lokalna zagadkaCzy zwyczajny głaz nad Dunajcem może stać się znakiem ucieczki — i dlaczego pozostaje na nim odcisk stopy?Czytaj jak śledczy: najważniejsze tropy nie zawsze są tym, co bohaterowie uznają za najważniejsze.
TABLICA IXIlustracja do legendy IX: Kamień Świętej Kingi. Łopuszna nad Dunajcem · pościg, modlitwa i ślad w kamieniu
Tablica IX · „Kamień Świętej Kingi” · Łopuszna nad Dunajcem

Słowo „Tatarzy” słyszę, zanim widzę dym.

Jeździec wpada na dziedziniec tak szybko, że koń prawie przewraca się na kamieniach. Ma pianę na pysku. Człowiek zsuwa się z siodła.

— Pani... ruszają na południe.

— Ilu?

— Za dużo.

Nazywam się Kinga.

Nie wiem jeszcze, którą część tej nocy ludzie będą kiedyś nazywać legendą.

Wiem tylko, że musimy jechać.

◆ ◆ ◆

Góry widzę tej nocy inaczej niż kiedykolwiek. Nie jako granicę ani przeszkodę, lecz jako wielkie ciemne ramiona, w które można się schronić. Im dalej zostawiamy za sobą drogi i pola, tym mniej słychać pogoń. Zamiast niej przychodzi woda. Najpierw szmer potoków, potem głos Dunajca.

— Tędy? — pytam przewodnika.

— Tędy, pani. Lem ostrożnie. Kamień mokry.

Koń ślizga się na zboczu. Zeskakuję z siodła. Suknia natychmiast nasiąka wodą do kolan, lecz idę dalej. W ciemności pachnie bukowiną i mokrą ziemią. Nigdy wcześniej nie czułam, żeby las mógł być tak blisko człowieka. Gałęzie chwytają płaszcz, korzenie podają stopie następny krok.

Za nami rozlega się krzyk.

— Są!

Przewodnik łapie mnie za rękę.

— Nie po drodze. Do potoku!

— Woda zdradzi ślad.

— Woda ślad zabierze.

Wchodzimy między kamienie. Lodowata woda przechodzi przez buty. Nagle rozumiem, dlaczego ludzie tutaj mówią o rzekach jak o żywych istotach. Dunajec nie jest tej nocy krajobrazem. Jest naszym wspólnikiem.

I kiedy później stawiam stopę na jednym z głazów, nie myślę o cudzie. Myślę tylko: jeszcze jeden krok. Jeszcze jeden, a może góry nas ukryją.

Nie ma czasu pakować.

Bierzemy wodę, chleb, kilka płaszczy. Strażnik mówi, że główna droga jest niebezpieczna.

— Pojedziemy ku górom.

— Przez Podhale?

— Tam trudniej dla konnicy.

— I dla nas.

— Dlatego może przeżyjemy.

Rusza nas niewielka grupa.

Za plecami noc robi się czerwona od pożarów.

Koń pode mną jest dobry, ale po kilku godzinach czuję jego ciężki oddech.

Każdy most może być obstawiony.

Każdy zakręt może kończyć się strzałą.

To nie jest pielgrzymka.

To pościg.

◆ ◆ ◆

Pierwszy raz widzimy jeźdźców przy świcie.

Na grzbiecie za nami kilka ciemnych sylwetek.

— Przyspieszyć! — woła strażnik.

— Konie nie wytrzymają.

— Jeśli zwolnimy, też nie.

Jedziemy przez pola, potem las.

Gałęzie biją po twarzy. Kopyta ślizgają się na mokrej ziemi.

Przy potoku koń jednej z kobiet pada.

— Zostawcie mnie! — krzyczy.

— Nie.

Przesadzamy ją na drugiego konia.

Tracimy czas.

Jeźdźcy za nami są bliżej.

◆ ◆ ◆

Po południu docieramy nad Dunajec w okolicy Łopusznej.

Rzeka jest wysoka po deszczach.

Nie znam brodu.

Przewodnik, młody góral imieniem Mikołaj, patrzy na wodę.

— Zwykle przechodzimy niżej.

— Zwykle nie uciekamy przed wojskiem.

— Tam może być głębiej.

Za nami słyszymy daleki tętent.

— Wybieraj.

Mikołaj wskazuje odcinek między głazami.

— Tędy.

Wprowadzamy konie.

Woda natychmiast sięga im do brzuchów.

Nurt ciągnie.

— Trzymać odstęp!

Koń pode mną potyka się.

Chwytam grzywę.

Przed nami Mikołaj krzyczy:

— Na kamień! Pani, tam!

W wodzie wystaje duży płaski głaz.

Kieruję konia.

Wtedy z lasu po drugiej stronie pada strzała.

Nie nasi.

Z przodu też ktoś jest.

Pułapka.

◆ ◆ ◆

Zawracamy w wodzie.

Za nami pościg.

Z przodu ludzie.

Przez kilka sekund nie ma drogi.

Zeskakuję na kamień, żeby odciążyć konia i zobaczyć brzeg.

But ślizga się na mokrej powierzchni.

Klękam.

— Boże, wskaż drogę.

Nie mówię tego jak w kościele.

Mówię jak człowiek, który nie ma planu.

Mikołaj krzyczy z boku:

— Tutaj! Za głazem jest płycej!

Widzę pas spienionej wody. Ryzyko.

— Wszyscy za nim!

Wsiadam z powrotem.

Koń odpycha się od kamienia.

Przechodzimy.

Strzała wpada do wody obok.

Potem druga.

Docieramy do brzegu.

Biegniemy ku drzewom.

◆ ◆ ◆

Dopiero wyżej zatrzymujemy się na minutę.

Mikołaj patrzy na mnie.

— Pani, noga.

— Co?

Mój but jest rozdarty. Stopa krwawi.

— Na kamieniu?

— Chyba.

— Zostawiła pani ślad.

— Każdy zostawia.

— Nie taki.

Nie rozumiem.

Nie ma czasu wracać.

Jedziemy dalej ku Pieninom.

◆ ◆ ◆
◆ ◆ ◆

W lesie nad rzeką nie możemy jednak od razu odetchnąć. Tętent wraca. Mikołaj słucha ziemi, przykładając dłoń do mokrych korzeni.

— Dwóch albo trzech. Może więcej.

— Dogonią nas?

— Jeśli zostawimy im drogę.

Zeskakuje z konia i prowadzi nas bokiem, przez płytki potok. Przez kilkaset kroków idziemy wodą, żeby zgubić ślady. Potem wyprowadza konie na kamienisty stok.

— Skąd wiesz, że to zadziała?

— Nie wiem. Wiem tylko, czego sam szukałbym, gdybym nas tropił.

Pierwszy raz tej nocy ktoś mówi dokładnie to, co czuję: nie mamy odpowiedzi, mamy tylko lepszy następny ruch.

Za nami odzywa się krzyk. Jeźdźcy znaleźli bród.

— Szybciej.

Jedna z kobiet pyta, czy możemy odpocząć. Mikołaj potrząsa głową.

— Odpoczniemy tam, gdzie koń nie będzie słyszał obcych koni.

Jedziemy aż po ciemność. Dopiero w głębokiej dolinie, pod skałami, rozpalamy ogień tak mały, że płomień mieści się między trzema kamieniami.

Siedzę z rozciętym butem w dłoniach. Stopa pulsuje. W głowie wciąż mam płaski głaz na Dunajcu.

— Mikołaj.

— Tak?

— Powiedziałeś, że zostawiłam ślad. Co widziałeś?

Przewodnik długo nic nie mówi.

— Wgłębienie.

— Od buta?

— Kamień nie powinien ustąpić butowi.

— Może było wcześniej.

— Może.

— Wrócisz tam?

— Jeśli przeżyjemy.

— Sprawdź.

Patrzy na mnie.

— Czego mam szukać?

— Tego, co zostało naprawdę. Resztę ludzie dopowiedzą sami.

◆ ◆ ◆

Mikołaj wraca nad Dunajec trzy dni później. Pościgu już nie ma. Woda opadła o kilka palców.

Na płaskim głazie znajduje zagłębienie w kształcie stopy. Obok — świeże zadrapania od końskich podków i grot strzały wbity między kamienie.

Trzy ślady jednej nocy: pościg, koń i coś, czego kamień nie powinien zachować.

Próbuje włożyć własną stopę w zagłębienie. Jest za duża.

Zdejmuje but i przykłada dłoń.

— To było tutaj — mówi sam do siebie.

Nie wie jeszcze, że za dziesiątki lat ludzie będą prowadzić dzieci nad rzekę właśnie po to, żeby pokazać im ten ślad.

Teraz opowieść zmienia głos.

Bo ja jadę dalej.

A kamień zostaje.

Wiele lat później mówi o nim młody chłopak z Łopusznej, Wojtek.

◆ ◆ ◆

Mam dwanaście lat, kiedy dziad pierwszy prowadzi mnie nad Dunajec.

— Pokażę ci stopę księżnej.

— Jaką stopę?

— Świętej Kingi.

— W kamieniu?

— W kamieniu.

Myślę, że żartuje.

Na brzegu leży duży głaz. Na jego powierzchni jest zagłębienie przypominające odcisk stopy.

— To natura — mówię.

— Możliwe.

— Więc czemu mówisz, że Kinga?

— Bo tak mówili mojemu ojcu, a jemu jego ojciec.

— Kto widział?

— Tego już nie wiem.

To mnie drażni.

Postanawiam sprawdzić.

◆ ◆ ◆

Mierzę odcisk sznurkiem.

Przykładam własną stopę.

Jest mniejsza.

Przynoszę but matki. Prawie pasuje.

— Kradniesz mi buty do świętej? — pyta, kiedy się dowiaduje.

— Badam.

— Co?

— Czy to naprawdę stopa.

— I?

— Wygląda jak stopa.

— To odkrycie.

Pytam starych ludzi.

Jeden mówi, że Kinga uciekała przed Tatarami.

Drugi, że zatrzymała się na kamieniu, gdy koń nie mógł dalej.

Trzeci dodaje modlitwę.

Czwarty twierdzi, że kamień potem pomagał chorym nogom.

Każda wersja inna.

Wspólny jest pościg i ślad.

◆ ◆ ◆

Pewnego dnia kamień znika.

Idę nad rzekę.

Miejsce puste.

— Dziadku!

— Co?

— Nie ma go.

— Wiem.

— Kto zabrał?

Mówi, że przeniesiono go do kościoła gdzieś na Sądecczyźnie.

— Po co?

— Bo ludzie uznali, że święta rzecz powinna być w świętym miejscu.

— A jeśli święte było właśnie miejsce?

Dziad patrzy na mnie zaskoczony.

— Skąd ci to przyszło?

— Jeśli Kinga stanęła tu, to nie stanęła w kościele.

Nie ma odpowiedzi.

◆ ◆ ◆

Po latach opowiadam tę historię człowiekowi, który zapisuje podhalańskie podania.

Pyta:

— Sam widziałeś kamień?

— Tak.

— Ślad był wyraźny?

— Jak stopa.

— A wierzysz, że należał do Kingi?

Zastanawiam się.

— Wierzę, że ludzie przez wiele lat wskazywali ten sam kamień i opowiadali ten sam rdzeń historii.

— To nie dowód.

— Nie.

— Więc co?

Patrzę na Dunajec.

— Trop.

Bo może kamień był tylko kamieniem.

Może zagłębienie wyżłobiła woda.

Może opowieść przyrosła do kamienia dopiero później.

Ale jeśli staniesz nad rzeką i wyobrazisz sobie tę noc — jeźdźców za plecami, góry przed sobą, zmęczone konie, wodę, w której nie znasz brodu — nagle ślad przestaje być najważniejszy.

Najważniejsze jest pytanie:

co robi człowiek, kiedy nie ma już dobrej drogi?

W pamięci ludzi Kinga robi jednak ten krok raz jeszcze — za każdym razem, gdy ktoś opowiada o kamieniu.

I właśnie ten krok został w Łopusznej na dłużej niż sam głaz.

Po lekturze: źródło historyczne i zakres rekonstrukcji

Rdzeń źródłowy: przy Łopusznej nad Dunajcem miał znajdować się głaz z odciskiem ludzkiej stopy, który miejscowa tradycja łączyła ze św. Kingą uciekającą przed Tatarami w stronę Pienin.

Motyw źródłowy: przekaz o kamieniu ze śladem stopy św. Kingi nad Dunajcem przy Łopusznej. Dialogi i scena ucieczki są adaptacją literacką opartą na motywie zapisanym przez Goszczyńskiego.

Warstwa językowa i pejzażowa tej adaptacji jest dodatkowo inspirowana publicznymi utworami Kazimierza Przerwy‑Tetmajera o Podhalu i górach; nie zmienia to źródłowego rdzenia legendy zapisanego przez Goszczyńskiego.

Ślad w terenieDunajec przy Łopusznej

Miejscowa tradycja sytuowała kamień ze śladem stopy św. Kingi nad Dunajcem przy Łopusznej. Goszczyński pisał już w 1832 roku, że głazu na miejscu nie było — miał zostać wcześniej przeniesiony. Pozostała rzeka i opowieść.

↑ Wróć do spisu
XObraz Świętego AntoniegoŁopuszna · wóz, którego nie potrafi ruszyć żaden koń+
Głos opowieści: Wojciech — woźnica odpowiedzialny za dowiezienie obrazu do Łopusznej. Każda awaria wozu spada na ciebie.
Lokalna zagadkaCo zatrzymuje ciężki wóz na otwartej drodze, skoro koła, osie i konie są sprawne — i dlaczego burza zaczyna się dokładnie po jednym żarcie?Czytaj jak śledczy: najważniejsze tropy nie zawsze są tym, co bohaterowie uznają za najważniejsze.
TABLICA XIlustracja do legendy X: Obraz Świętego Antoniego. Łopuszna · wóz, którego nie potrafi ruszyć żaden koń
Tablica X · „Obraz Świętego Antoniego” · Łopuszna

Od rana mówię chłopakom, żeby nie żartowali.

Nie dlatego, że jestem świętoszek.

Jestem woźnicą. Mam dowieźć obraz świętego Antoniego do kościoła w Łopusznej. To znaczy, że odpowiadam za wóz, konie, koła, ludzi i za to, żeby nic po drodze nie spadło do rowu.

— Franek, popraw płótno.

— Dobrze je.

— Jak będzie dobrze, kiedy wiatr zerwie, to ty będziesz wisiał zamiast płótna.

Śmieją się.

Pół wsi wyszło patrzeć.

Obraz jest duży, ciężki, starannie zabezpieczony.

Jedziemy wolno.

Do chwili, gdy Jasiek odsłania róg płótna.

— Patrzcie, jakie blade usta.

— Ostow.

— Jakby dopiero śmietanę jadł.

Kilku chłopaków wybucha śmiechem.

Ja nie.

Bo dokładnie w tej chwili konie stają.

◆ ◆ ◆

Droga ku Łopusznej jest piękna nawet wtedy, gdy człowiek przeklina każde koło. Po jednej stronie Dunajec błyska między wierzbami, po drugiej ziemia wznosi się ku lasom. Nad wsią stoją góry, zielone i spokojne, jakby całe zamieszanie z obrazem nie miało dla nich znaczenia.

— Wojtek, patrz — mówi Franek. — Słońce wychodzi.

— Patrz na klin przy kole. Słońce ci wozu nie naprawi.

Lubię tę drogę. Jeździłem nią z sianem, z drewnem, z workami mąki. Znam każdy dół i kamień. Wiem, gdzie koń sam zwalnia, gdzie trzeba trzymać lejce krótko, a gdzie można puścić go swobodniej. Dlatego kiedy wóz staje, natychmiast wiem jedno: to nie droga.

Schodzę. Dotykam osi. Sprawdzam obręcze. Ziemia pod kołami twarda. Konie dyszą, ale są zdrowe.

— No i co? — pyta Jasiek.

— Cosik trzyma.

— Hamulec?

— Nie mamy takiego hamulca, co zatrzyma cztery konie naraz.

Nad górami pojawia się ciemna chmura. Jeszcze chwilę temu nie było jej nikany.

Stara kobieta idąca przy wozie robi znak krzyża.

— Nie śmiejcie się już — mówi cicho. — Bo góry mają długą pamięć, a święci jesce dłuższą.

Nie zwalniają.

Stają tak nagle, że lecę do przodu na koźle.

— Hej!

Strzelam lejcami.

Nic.

— Co jest?

Schodzę.

Pierwsza hipoteza: koło.

Sprawdzam. Obręcze całe. Piasty nie grzeją. Oś dobra.

Druga: kamień pod kołem.

Nie ma.

Trzecia: konie coś wyczuły.

Obchodzę je. Zdrowe, spocone, ale nie przestraszone. Po prostu stoją.

— Pociągnijcie — mówię.

Chłopcy chwytają za koła.

— Raz, dwa, trzy!

Wóz ani drgnie.

— Hamulec?

— Nie ma hamulca, geniuszu.

— To co?

Patrzę na obraz.

Nie chcę tego robić.

— Zdejmijmy go.

◆ ◆ ◆

Sześciu mężczyzn podchodzi do skrzyni z obrazem.

— Na trzy.

Raz.

Dwa.

Trzy.

Nic.

Nie „ciężko”.

Nic.

Jakby skrzynia była przybita do ziemi przez wóz.

— Jeszcze raz.

Próbujemy.

Deski skrzypią. Ludzie czerwienieją.

Obraz nie rusza się o szerokość palca.

Jasiek przestaje się śmiać.

— Przedtem go wnosiliśmy w czterech.

— Wiem.

— To czemu teraz sześciu nie może?

— Szukam odpowiedzi.

Na niebie pojawia się pierwsza chmura.

Ciemna.

◆ ◆ ◆

Przyprowadzamy dodatkowe konie.

Dwie pary.

Potem trzecią.

Sześć koni ciągnie jeden wóz na równej drodze.

— Teraz musi — mówi Franek.

— Hej!

Uprzęże napinają się.

Koła jęczą.

Konie parskają, kopyta ryją ziemię.

Wóz nie jedzie.

Ani centymetra.

Nagle grzmi.

Wszyscy patrzymy w górę.

Jeszcze chwilę temu niebo było prawie czyste.

— Burza — mówi ktoś.

— Znikąd?

Wiatr uderza w płótno.

Potem spada grad.

Wielki, twardy. Ludzie chowają głowy. Konie panikują.

— Pod drzewa!

— Nie zostawiaj obrazu!

— To co mam zrobić?!

Wóz stoi na otwartej drodze jak przyrośnięty.

◆ ◆ ◆

Ksiądz przychodzi biegiem z ludźmi.

— Co się stało?

Mówię wszystko.

O kole, osi, koniach.

Nie mówię o żarcie.

Jasiek też milczy.

Ksiądz obchodzi wóz.

— Kiedy stanął?

— Tutaj.

— Co było chwilę wcześniej?

Cisza.

Grad wali w dachy i drogę.

— Pytam, co było?

Jasiek patrzy na mnie.

Ja na niego.

— Powiedz — mówię.

— Zażartowałem.

— Z czego?

— Z obrazu.

Ksiądz zamyka oczy.

— Co powiedziałeś?

Jasiek powtarza o śmietanie i bladych ustach.

Nikt się nie śmieje.

◆ ◆ ◆

Ksiądz każe wszystkim odsunąć się od wozu.

— Będziemy się modlić.

Franek szepcze:

— Myślisz, że to przez żart?

— Myślę, że wyczerpałem wszystkie mechaniczne przyczyny.

— To nie odpowiedź.

— Wiem.

Modlitwa trwa kilka minut.

Grad słabnie.

Jasiek klęka pierwszy.

— Przepraszam — mówi cicho.

Nie wiem, czy do księdza, ludzi czy świętego.

Kiedy wstaje, idę do koni.

— Spróbujemy.

— Tylko jedną parą? — pyta ktoś.

— Jedną.

Zaprzęgamy dwa konie.

Biorę lejce.

— No.

Ruszają.

Wóz jedzie tak lekko, jak rano.

Nikt nie mówi ani słowa.

◆ ◆ ◆

Powinno się na tym skończyć.

Ale jestem woźnicą i nie lubię historii bez sprawdzenia.

Następnego dnia wracam na miejsce z Frankiem.

Mierzymy nachylenie drogi.

Prawie płasko.

Kopiemy w miejscu kół.

Może korzeń? Kamień? Ukryta koleina?

Nic.

— Może oś się zablokowała, a potem puściła.

— Oglądałem.

— Może koła ugrzęzły.

— Sześć koni nie ruszyło.

— Może konie bały się burzy.

— Burza przyszła później.

Franek wzdycha.

— Czyli święty się obraził.

— Nie powiedziałem.

— To co mówisz?

— Że mam fakty, które układają się w bardzo niewygodną kolejność.

To jest jedyne uczciwe zdanie.

◆ ◆ ◆
◆ ◆ ◆

Nie daje mi spokoju ciężar obrazu. Dlatego robimy jeszcze jedną próbę, już bez procesji i bez księdza.

Biorę z Frankiem worki z kamieniami. Ważymy je na tyle dokładnie, na ile potrafimy, aż łączny ciężar jest co najmniej taki jak skrzynia z obrazem. Ładujemy wszystko na ten sam wóz.

— Po co to robimy? — pyta Franek.

— Bo jeśli wóz nie ruszy, winna była droga albo oś.

— A jeśli ruszy?

— Wtedy będę miał o jedną rozsądną odpowiedź mniej.

Zaprzęgamy tę samą parę koni.

— No!

Wóz rusza od razu.

Jedziemy dokładnie do miejsca, w którym dzień wcześniej stanął. Zatrzymuję konie. Ruszam ponownie. Bez problemu.

Franek schodzi i kopie ziemię butem.

— Czyli nie droga.

— Nie wygląda.

— Nie koło.

— Nie.

— Nie ciężar.

— Nie.

— To zostało co?

Patrzę w stronę kościoła.

— Obraz, żart, burza i modlitwa. Cztery rzeczy, których nie da się zważyć na wozie.

Franek przez chwilę milczy.

— Wolałem, jak podejrzewaliśmy błoto.

— Ja też.

Jeszcze tego samego dnia oglądamy uprząż, podkowy i oś po raz drugi. Niczego nie znajdujemy. Śledztwo kończy się nie rozwiązaniem, lecz listą wykluczeń.

I właśnie dlatego pamiętam je tak dobrze.

Jasiek zmienia się po tamtym dniu.

Nie staje się świętym. Nadal żartuje, przeklina i gra w karty.

Tylko z jednej rzeczy nie żartuje nigdy.

Obrazy.

Pewnego wieczoru pytam go:

— Co czułeś, kiedy wóz stanął?

— Najpierw nic.

— A potem?

— Jakby ktoś powtórzył mój żart, tylko bez śmiechu.

— Co to znaczy?

— Nie wiem. Właśnie dlatego pamiętam.

◆ ◆ ◆

Po latach młody chłopak pyta mnie o tę historię.

— Naprawdę wóz nie chciał ruszyć?

— Naprawdę.

— Może błoto?

— Sucha droga.

— Zepsute koło?

— Całe.

— Konie?

— Zdrowe.

— To cud?

Patrzę na niego.

— Nie wiem.

— Ale wszyscy mówią, że święty Antoni zatrzymał obraz.

— Ludzie lubią zakończenia.

— A ty?

— Ja wolę pamiętać kolejność.

Wyliczam na palcach.

— Żart. Konie stają. Sześciu ludzi nie podnosi skrzyni. Sześć koni nie rusza wozu. Pojawia się grad. Jasiek przeprasza. Modlitwa. Dwa konie ruszają bez wysiłku.

— I co z tego wynika?

Uśmiecham się.

— Ty jesteś od zagadki. Ja byłem od wozu.

Chłopak marszczy czoło.

— Ja myślę, że święty się obraził.

— Możliwe.

— A ty?

Patrzę na drogę, na której kiedyś stałem z lejcami w dłoniach i kompletnie nie rozumiałem własnego fachu.

— Wiem tylko, że człowiek czasem dowiaduje się, gdzie kończy się żart, dopiero kiedy coś, co powinno ruszyć, nagle odmawia wykonania choćby jednego kroku.

Po lekturze: źródło historyczne i zakres rekonstrukcji

Rdzeń źródłowy: do kościoła w Łopusznej wieziono obraz św. Antoniego. Po szyderczym żarcie o wyglądzie ust świętego wóz miał stać się niemożliwy do ruszenia, a okolicę nawiedził gwałtowny grad. Dopiero modlitwa miała przerwać zjawisko.

Motyw źródłowy: podanie o obrazie św. Antoniego wiezionym do kościoła w Łopusznej. Imię parobka i dialogi są adaptacją literacką; cudowny ciężar wozu i grad należą do rdzenia miejscowego przekazu zanotowanego przez Goszczyńskiego.

Warstwa językowa i pejzażowa tej adaptacji jest dodatkowo inspirowana publicznymi utworami Kazimierza Przerwy‑Tetmajera o Podhalu i górach; nie zmienia to źródłowego rdzenia legendy zapisanego przez Goszczyńskiego.

Ślad w terenieKościół w Łopusznej i droga do wsi

Legenda została związana z obrazem św. Antoniego wiezionym do łopuszańskiego kościoła. Najlepszą „scenografią” do jej odtworzenia jest sama droga ku starej świątyni i spojrzenie na góry ponad wsią.

↑ Wróć do spisu
XIPrzeklęty lasekPodhale · śledztwo w lesie, który rośnie wbrew naturze+
Głos opowieści: Maciej — młody drwal i tropiciel. Wysyłają cię do lasu, w którym drzewa wyginają się jak po uderzeniu niewidzialnej fali.
Lokalna zagadkaDlaczego wszystkie drzewa w jednym lasku wyglądają, jakby próbowały odsunąć się od tego samego miejsca?Czytaj jak śledczy: najważniejsze tropy nie zawsze są tym, co bohaterowie uznają za najważniejsze.
TABLICA XIIlustracja do legendy XI: Przeklęty lasek. Podhale · śledztwo w lesie, który rośnie wbrew naturze
Tablica XI · „Przeklęty lasek” · Podhale

Pierwsze drzewo wygląda, jakby ktoś złamał je w pół, a potem kazał mu rosnąć dalej.

Podchodzę bliżej i przykładam dłoń do kory. Buk jest zdrowy. Żadnej zgnilizny, żadnego pęknięcia po piorunie. Pień idzie metr prosto, nagle skręca niemal poziomo, zatacza łuk i dopiero potem wspina się ku światłu.

— Wiatr — mówi za mną Wojtek.

— Wiatr nie umie liczyć.

— Cóz?

Wskazuję następne drzewo. I następne.

Wszystkie są wygięte w podobną stronę.

Mam dwadzieścia lat i od trzech zim pracuję przy wyrębie. Wiem, co śnieg potrafi zrobić z młodą jodłą, wiem, jak halny rozszczepia świerk i jak drzewo rosnące na osuwisku szuka pionu. Ale tutaj nic nie pasuje. Dziesiątki pni zachowują się tak, jakby w środku lasu istniał punkt, od którego przez lata próbowały się odsunąć.

Właśnie dlatego przysłano mnie tutaj.

— Zaznacz zdrowe — powiedział rano gospodarz. — Jutro wchodzą drwale.

— A jeśli nie ma zdrowych?

— Drzewo je drzewem, Maciek. Nie pytaj go o nic.

Teraz stoję w tym lasku i rozumiem, że gospodarz sam nigdy tu nie był.

Wojtek wbija siekierkę w pień, żeby sprawdzić drewno.

— Nie róbze tego.

Patrzy na mnie i śmieje się.

— Już cię złapało?

— Cóz?

— To, czym straszą baby. Że las przeklęty. Że drzewa pamiętają.

— Mnie bardziej interesuje, dlaczego każde wygina się od środka.

— To znajdź środek.

Mówi to dla żartu.

Ja biorę to serio.

◆ ◆ ◆

Las poznaje się po tym, jak człowiek w nim milczy. W młodniku gada się głośno. W bukowinie człowiek zwalnia. W starym borze, gdzie pnie są grube jak kominy, sam ścisza głos, choć nikt mu tego nie kazał. Ten lasek od początku wymusza ciszę.

Znam drewno. Potrafię po jednym uderzeniu siekiery powiedzieć, czy pień jest zdrowy. Znam ślady wiatru, ciężkiego śniegu, osuwiska. Ale tutaj każdy kolejny buk wygląda jak odpowiedź na pytanie, którego jeszcze nie umiem zadać.

Wojtek idzie za mną i co chwilę ogląda się przez ramię.

— Nie podoba mi się haw.

— Drzewa cię ugryzą?

— Drzewo nie. To, od czego uciekło.

— Rosły tak od młodości.

— To znaczy, że uciekały długo.

Chcę się zaśmiać, ale nie wychodzi. Wiatr przechodzi po koronach. Wszystkie gałęzie poruszają się naraz, tylko jedno drzewo w środku stoi nieruchomo. Podchodzę do niego. Na korze jest stary znak, prawie zarośnięty. Krzyż? Litera? Nacięcie siekierą?

— Widzis? — szepcze Wojtek.

Widzę. I nagle nie mam już pewności, czy przysłano mnie tu zaznaczyć drzewa do wyrębu, czy odnaleźć coś, co ktoś dawno temu próbował oznaczyć dla ludzi takich jak ja.

Idziemy między pniami wolno, jak dwaj ludzie szukający miejsca zbrodni po wielu latach. Co kilkanaście kroków zatrzymuję się i patrzę na kierunek wygięcia. Kreślę patykiem strzałki w wilgotnej ziemi.

Jedna. Druga. Piąta. Dziesiąta.

Wszystkie wskazują wstecz.

Las jest cichy w dziwny sposób. Ptaki są, ale wysoko. Nisko nie ma prawie nic. Ani stukania dzięcioła, ani szurania myszy w liściach. Tylko kapanie wody po nocnym deszczu.

— Maciek.

— Mhm?

— A jak znajdziemy ten twój środek, co wtedy?

— Zobaczymy, co tam jest.

— A jeśli nic?

— To przynajmniej będę wiedział, że boję się niczego.

— A jeśli coś?

Nie odpowiadam.

Po pół godzinie drzewa stają się jeszcze dziwniejsze. Jeden świerk rozdziela się nisko na dwa pnie, oba uciekają na boki, zostawiając między sobą pustą przestrzeń. Dwa buki rosną niemal równolegle do ziemi. Młoda jarzębina, która ma może trzy lata, też już pochyla się od tego samego miejsca.

To ostatnie podoba mi się najmniej.

Gdyby winne było stare osuwisko albo burza sprzed kilkudziesięciu lat, młode drzewo nie powinno znać tej historii.

— Widzisz? — pytam.

Wojtek przestaje się uśmiechać.

— Może gleba.

Klękam. Rozgarniam liście nożem. Ziemia ciemna, wilgotna, zwyczajna.

I wtedy znajduję żelazo.

Najpierw widzę tylko rdzawy koniec. Kopię palcami. Wyciągam długi, ręcznie kuty gwóźdź, gruby jak mały palec.

— Od czego?

— Nie wiem.

Wojtek obraca go w dłoni.

— Za duży do podkowy.

— Za mały do belki w stodole.

— Może od krzyża.

Patrzę na niego.

— Przed chwilą śmiałeś się z bab.

— Przed chwilą nie trzymałem tego.

Zabieram gwóźdź.

Idziemy dalej.

◆ ◆ ◆

Środek znajdujemy po zapachu.

Nie jest to zapach zgnilizny. Bardziej jak mokry popiół, choć nigdzie nie widać ogniska.

Między drzewami leży płaski kamień. Zwyczajny, szary, wielkości stołu. Wokół niego nie rośnie nic poza niską trawą. Wszystkie pnie zaczynają się kilka kroków dalej i wyginają na zewnątrz.

— No — mówi Wojtek. — Masz środek.

Kamień ma na powierzchni płytkie nacięcie. Przecieram je rękawem. Potem drugie. Linie przecinają się.

Krzyż.

Albo przypadkowe rysy, jeśli człowiek bardzo chce, żeby były przypadkowe.

— Wracamy — mówi Wojtek.

— Jeszcze nie.

— Maciek.

— Ktoś tu coś zrobił.

— Dawno.

— Tym bardziej chcę wiedzieć co.

Obchodzę kamień. Po drugiej stronie ziemia jest lekko zapadnięta. Wbijam nóż i podważam darń.

Wojtek łapie mnie za ramię.

— Nie kop.

— Dlaczego?

— Bo jeśli to grób, nie chcę wiedzieć. A jeśli nie grób, też nie chcę wiedzieć.

Wtedy z góry dochodzi trzask.

Nie gałązki. Pnia.

Wojtek odskakuje pierwszy. Ja patrzę w górę sekundę za długo.

Wygięty buk pęka dokładnie w miejscu, gdzie robi łuk. Korona leci w naszą stronę. Rzucam się na ziemię. Gałęzie uderzają tak blisko, że jedna rozcina mi rękaw na plecach.

Przez kilka chwil leżymy pod liśćmi i nie oddychamy.

— Żyjesz? — pytam.

— Niestety.

Podnosimy się.

Pień nie upadł przypadkowo. Leży dokładnie między nami a kamieniem.

Jak zamknięta brama.

Tego dnia już nie kopiemy.

◆ ◆ ◆

Wieczorem idę do najstarszego człowieka we wsi, Wojciecha Klamerusa. Ma ponad osiemdziesiąt lat i pamięta rzeczy, których inni nie chcą pamiętać.

Kładę gwóźdź na stole.

Nie dotyka go.

— Skąd to masz?

— Z lasku.

Milczy.

— Jakiego lasku?

— Tego, w którym drzewa rosną bokiem.

Wtedy odsuwa kubek.

— Po co tam byłeś?

— Mam wyznaczyć drzewa do cięcia.

— Nie wyznaczaj.

— Dlaczego?

— Bo już raz ktoś tam ciął to, czego nie powinien.

Nachylam się.

— Cóz?

Starzec długo patrzy w ogień.

— Jak byłem mały, mój dziad powtarzał, że stało tam coś świętego. Jedni mówili krzyż, inni kapliczka. Jeszcze inni, że tylko drzewo, na którym wisiał obrazek. Przyszedł człowiek, który chciał pokazać, że niczego się nie boi.

— I ściął?

— Zbezcześcił. Jak dokładnie, nikt już nie opowiadał tak samo. Ale tej samej nocy przyszedł wiatr.

— Halny?

— Nie. Halny idzie przez całe góry. Ten miał podobno krążyć tylko wokół jednego miejsca.

— I wygiął drzewa?

Starzec patrzy na mnie tak, jakby pytanie było zbyt proste.

— Tamtych drzew już nie ma, chłopcze.

Czuję, jak zimno wchodzi mi pod koszulę.

— Cóz?

— Te, które widzisz dzisiaj, wyrosły później.

— To niemożliwe.

— Właśnie dlatego nikt rozsądny tam nie rąbie.

◆ ◆ ◆

Następnego ranka wracam sam.

Nie dlatego, że jestem odważny. Dlatego, że jeśli mam powiedzieć gospodarzowi, żeby zostawił cały kawał lasu, potrzebuję czegoś więcej niż opowieści starca.

Biorę sznurek, kompas, siekierę i małą łopatę.

Las jest jaśniejszy niż wczoraj. Słońce przebija przez liście. Wszystko wygląda mniej groźnie.

Do czasu.

Na skraju wbijam kołek. Idę po prostej do środka, mierząc odchylenia pni. Zapisuję je w notesie. To nie przypadek: im bliżej kamienia, tym mocniej drzewa odginają się na zewnątrz.

Przy samym środku zatrzymuję się.

Wczoraj zwalony buk leżał przed kamieniem.

Dzisiaj leży inaczej.

Nie dużo. Może pół metra.

Ale wystarczająco, żebym widział darń, którą zacząłem podważać.

Jest rozkopana.

Ktoś był tu po nas.

Rozglądam się. Wołam.

— Wojtek?!

Cisza.

Podchodzę do jamy. W środku widzę kawałek drewna. Czarny, niemal zwęglony. Wyciągam go.

Ma wycięty fragment kształtu. Nie wiem, czy był częścią krzyża, ramy obrazu czy zwykłej deski. Na końcu tkwi otwór pasujący do gwoździa z mojego kieszenia.

Wyciągam żelazo.

Pasuje idealnie.

W tej samej chwili coś uderza w pień za mną.

Raz.

Odwracam się.

Nikogo.

Drugie uderzenie dochodzi z lewej.

Trzecie z prawej.

Jak siekiera przenosząca się między drzewami.

Nie czekam na czwarte.

Biegnę.

Gałęzie chwytają koszulę. Korzenie wyskakują spod liści. Wydaje mi się, że za plecami trzaski idą za mną, drzewo po drzewie.

Wypadam z lasku i dopiero na polanie się odwracam.

Nic się nie rusza.

Tylko korony kołyszą się lekko.

Nie ma wiatru.

◆ ◆ ◆

Gospodarz słucha mnie z kamienną twarzą.

— Czyli nie oznaczyłeś drzew.

— Nie.

— Bo usłyszałeś stukanie?

Kładę na stole zwęglony kawałek drewna i gwóźdź.

— Bo nie wiem, co tam zaszło. Ale wiem, że ten las rośnie inaczej niż powinien.

— Wszystko ma przyczynę.

— Właśnie jej szukam.

Gospodarz bierze gwóźdź. Obraca. Nagle blednie.

— Skąd to masz?

— Spod kamienia.

Oddaje mi go natychmiast.

— Nie będziemy ciąć.

Teraz ja patrzę na niego.

— Znałeś ten gwóźdź?

— Nie.

Za szybko odpowiada.

— Znałeś.

Wstaje i podchodzi do okna.

— Mój ojciec miał taki sam. Trzymał nad drzwiami. Mówił, że jego dziad przyniósł go z przeklętego lasku.

— Czyli były dwa?

— Jeśli znalazłeś jeden, to znaczy, że może było ich więcej.

— Ile?

Nie odpowiada.

Patrzę na gwóźdź. Potem na kawałek spalonego drewna.

I dopiero wtedy rozumiem, czego nie zauważyłem wcześniej.

Na drewnie są dwa otwory.

Jeden pusty.

Wokół drugiego został rdzawy ślad po czymś, co kiedyś w nim tkwiło.

Mam tylko jeden gwóźdź.

Drugi nadal jest gdzieś w lesie.

Albo ktoś go już zabrał.

Od tamtej pory, kiedy przechodzę obok lasku, nie patrzę na powyginane drzewa pojedynczo. Patrzę na nie wszystkie naraz.

Wtedy widać najlepiej.

Nie rosną po prostu krzywo.

Kiedy patrzy się na nie razem, wyglądają, jakby cały las próbował odsunąć się od jednego miejsca.

Po lekturze: źródło historyczne i zakres rekonstrukcji

Rdzeń źródłowy: Goszczyński wspomina podanie o obrazie świętości, po której cały lasek miał przybrać nienaturalne, powykręcane kształty. Sam zaznaczał, że historii nie zapamiętał w pełni.

Motyw źródłowy: wzmianka Goszczyńskiego o lasku z powykręcanymi drzewami, wiązanym z karą za obrazę świętości. Ponieważ sam autor nie zachował pełnej wersji podania, akcja i postaci są świadomie oznaczoną rekonstrukcją literacką.

Warstwa językowa i pejzażowa tej adaptacji jest dodatkowo inspirowana publicznymi utworami Kazimierza Przerwy‑Tetmajera o Podhalu i górach; nie zmienia to źródłowego rdzenia legendy zapisanego przez Goszczyńskiego.

Ślad w terenieLasy Gorców — dokładny lasek pozostaje zagadką

Goszczyński sam przyznał, że tę historię zachował tylko częściowo i nie podał precyzyjnego miejsca. Nie przypisujemy więc legendy współczesnemu drzewostanowi na siłę. Jej siłą jest właśnie myśl, że podobny zakrzywiony lasek może czekać przy którejś bocznej perci.

↑ Wróć do spisu
XIIDuch parobkaŁopuszna–Harklowa · nocne spotkanie przy potoku+
Głos opowieści: Zosia z Łopusznej — jedna z dziewcząt, z których piękny parobek kiedyś drwił. Teraz to właśnie ty masz odwagę zapytać jego ducha, czego chce.
Lokalna zagadkaKto nocami stoi przy potoku na drodze do Harklowej i dlaczego pokazuje się tylko dziewczętom, które znały go za życia?Czytaj jak śledczy: najważniejsze tropy nie zawsze są tym, co bohaterowie uznają za najważniejsze.
TABLICA XIIIlustracja do legendy XII: Duch parobka. Łopuszna–Harklowa · nocne spotkanie przy potoku
Tablica XII · „Duch parobka” · Łopuszna–Harklowa

Kiedy Jasiek żyje, każda dziewczyna w Łopusznej zna jego śmiech.

Nie dlatego, że jest wesoły. Dlatego, że śmieje się z nas.

— Zosia, znów tak patrzysz, jakbyś już wybierała imiona dla dzieci.

— Patrzę, czy koń za tobą nie idzie. Ma więcej rozumu.

Chłopcy ryczą ze śmiechu. Jasiek kłania mi się przesadnie, rękę kładzie na sercu.

— O, jaka ostra.

Jest piękny i wie o tym. Wysoki, jasne włosy, zęby równe jak ziarna kukurydzy. Dziewczęta oglądają się za nim nawet wtedy, kiedy obiecują, że już nigdy.

Ja też się oglądam.

Tylko nie przyznam.

Miesiąc później Jasiek nie żyje.

I wtedy zaczyna się prawdziwy problem.

◆ ◆ ◆

Droga z Łopusznej do Harklowej jest mi znana od dziecka. Ile razy nią szłam? Na mszę, do krewnych, za sprawunkiem, czasem bez powodu, tylko dlatego, że dzień był jasny, Dunajec niósł chłód, a człowiekowi chciało się iść. Wiosną pachnie tu mokrą ziemią, latem sianem, jesienią dymem.

Po śmierci Jaśka ta sama droga staje się inna. Ludzie przyspieszają przy potoku. Dziewczęta przestają chodzić pojedynczo. Każdy zna historię o nożu, ale nikt nie chce mówić o tym, co widziano potem.

— Zosiu, nie idźze — prosi mnie Maryśka.

— Ktoś musi to wybadać.

— Niek chłopy sprawdzajom.

— Chłopy od tygodnia sprawdzają z karczmy.

Biorę lampkę. Idą ze mną dwie dziewczyny. Udajemy, że żartujemy. Im bliżej potoku, tym mniej mamy do powiedzenia.

Woda jest czarna. Nad nią unosi się niska mgła. W pewnej chwili widzę sylwetkę stojącą po drugiej stronie. Wysoką. Jasne włosy.

Serce robi mi jeden głupi skok.

— Jasiek?

Postać podnosi głowę.

— Zosiu.

Maryśka łapie mnie za rękaw.

— On nie żyje.

— Wiem — odpowiadam.

I właśnie dlatego robię krok ku wodzie.

W niedzielę idzie do Harklowej na mszę. Przy potoku widzi rybę. Później mówią, że łososia, wielkiego jak dziecięce ramię. Schyla się zbyt szybko. Nóż noszony za pasem wbija mu się w ciało.

Kiedy go znajdują, woda płynie czysta, a na kamieniu obok leży czapka.

Nikt nie chce uwierzyć, że tak może umrzeć człowiek, który jeszcze rano stroił sobie żarty z pół wsi.

Pogrzeb jest we wtorek.

Pierwszy raz widzę jego twarz bez uśmiechu.

Myślę wtedy: teraz już nikogo nie obrazisz.

Myślę głupio.

Trzy noce później wraca Hanka od ciotki w Harklowej i wpada do naszej izby bez chustki, z włosami przyklejonymi do policzków.

— On stoi przy wodzie.

Matka podnosi głowę znad przędzy.

— Kto?

Hanka patrzy na mnie.

— Jasiek.

Czuję ukłucie pod żebrami.

— Widziałaś człowieka podobnego.

— Zosiu, on powiedział moje imię.

— Ktoś cię nastraszył.

— Powiedział: „Nie uciekaj jak wtedy”.

Przestaję mówić.

Bo wiem, co to znaczy.

Miesiąc temu, gdy Jasiek złapał Hankę za warkocz przy studni i wyśmiał ją przed chłopakami, uciekła płacząc.

Nikt poza nami tego nie pamięta.

A Jasiek pamiętał.

Jeśli to był Jasiek.

◆ ◆ ◆

Następnego dnia idę nad potok.

Sama.

Nie mówię matce, bo by mnie zamknęła w komorze. Nie mówię Hance, bo i tak nie pójdzie.

Miejsce rozpoznaję po krzyżyku wbitym przy drodze. Woda jest zimna i szybka. Kamienie śliskie. Na brzegu nie ma nic niezwykłego.

Przechodzę kilka razy tam i z powrotem.

Potem znajduję ślad.

W błocie przy samym potoku odciśnięta jest stopa.

Bosa.

Jedna.

Drugi ślad powinien być krok dalej, ale go nie ma.

Kucam.

— To nie jest śmieszne, Jasiek.

Woda szumi.

— Jeśli ktoś robi sobie żarty, wyjdź.

Nic.

Wracam do wsi zła na siebie.

Wieczorem przychodzi Maryna.

— Zosia, słyszałam, że byłaś przy potoku.

— Ludzie szybko słyszą.

— Ja też go widziałam.

Patrzę jej w oczy.

— Kiedy?

— Wczoraj. Po zmroku.

— Co powiedział?

Maryna zaciska usta.

— Nic. Tylko patrzył.

— Jak był ubrany?

— Tak jak do grobu.

To jest pierwszy trop, którego nie umiem wyjaśnić.

Na pogrzebie Jasiek miał ciemną sukmanę z guzikiem urwanym przy szyi. Maryna nie była na pogrzebie. Leżała chora u siostry w Waksmundzie.

— Skąd wiesz, jak go pochowali?

— Nie wiem.

— Guzik?

Blednie.

— Nie miał jednego.

◆ ◆ ◆

Postanawiamy sprawdzić.

Jest nas trzy: ja, Maryna i Kasia, która nie wierzy w duchy i dlatego najbardziej boi się zostać sama.

Bierzemy latarnię, różaniec i kawałek kredy. Kredę biorę ja.

— Po co? — pyta Kasia.

— Jeśli człowiek stoi przy drodze, zostawi ślad.

— Duch też może.

— Właśnie chcę zobaczyć.

Przed zmrokiem rysuję cienką białą linię przez ścieżkę w miejscu, gdzie Hanka widziała Jaśka. Potem chowamy się za olszynami.

Czekamy.

Pół godziny.

Godzinę.

Kasia zaczyna narzekać szeptem.

— Wróćmy.

— Cicho.

— Zosiu, tu nic nie ma.

Z drugiej strony potoku słychać plusk.

Latarnia Maryny drży.

Ktoś stoi na kamieniu.

Nie widziałam, kiedy przyszedł.

Po prostu przed chwilą kamień był pusty, a teraz nie jest.

Jasiek patrzy na nas.

Twarz ma bladą. Włosy mokre. Ciemna sukmana przylega do ciała.

Brakuje guzika przy szyi.

Kasia wydaje dźwięk jak przyduszone pisklę.

— Nie uciekajcie — mówi Jasiek.

Głos jest ten sam.

To jest najgorsze.

— Czego chcesz? — pytam.

Nie odpowiada.

Schodzi z kamienia prosto w wodę.

Nie rozpryskuje jej.

Maryna cofa się.

— Zosiu...

— Stój.

Jasiek wychodzi na nasz brzeg. Idzie ku nam.

Przechodzi przez linię kredy.

Patrzę w dół.

Biała kreska zostaje nienaruszona.

Kasia zaczyna odmawiać modlitwę.

— Czego chcesz? — powtarzam głośniej.

Jasiek zatrzymuje się trzy kroki ode mnie.

— Mszy.

— Za ciebie?

— Nie tylko.

— Za kogo?

Patrzy na każdą z nas.

— Za to, czym byłem.

— Nie rozumiem.

Uśmiecha się słabo. Ten uśmiech znam, ale nie ma w nim dawnej pewności.

— Gardziłem wami.

Maryna płacze.

— I po to wracasz?

— Wracam, bo człowiek po śmierci nie może już udawać, że słowa nic nie ważą.

— Kto ci kazał tu stać?

Jego wzrok przesuwa się ku potokowi.

— To, co zostało niedokończone.

— Co?

Robi krok w tył.

— Nóż.

I znika.

Nie w dymie. Nie w błysku. Po prostu w jednej chwili jest, a w następnej widzę za nim wodę.

◆ ◆ ◆

Wracamy biegiem.

Ale ja nie śpię.

„Nóż”.

Wszyscy wiedzą, że nóż zabił Jaśka. Tylko że po wypadku go nie znaleziono. Mówiono, że wpadł do potoku.

O świcie wracam z Hanką i jej bratem. Szukamy między kamieniami poniżej miejsca śmierci.

— Po co? — pyta brat Hanki.

— Bo chcę wiedzieć, czy duch mówi prawdę.

— A jak znajdziemy?

— To będę miała gorszy problem.

Po godzinie Hanka krzyczy.

Między korzeniami olchy błyszczy metal.

Wyciągamy nóż. Rękojeść oplątana wodorostami. Ostrze ciemne.

Na drewnianej okładzinie wycięte są inicjały Jaśka.

Ale jest coś jeszcze.

Do rękojeści przywiązany cienkim rzemykiem mały mosiężny medalik.

Rozpoznaję go natychmiast.

Dała mu go Maryna kilka miesięcy wcześniej.

Powiedział przy wszystkich, że nie nosi „babskich amuletów” i rzucił go w błoto.

Najwyraźniej później podniósł.

— Nie wiedziałam — szepcze Maryna.

— On też nie chciał, żebyś wiedziała.

Nagle cała historia robi się mniej prosta.

Może gardził nami naprawdę. Może tylko grał przed chłopakami. Może chciał powiedzieć coś, czego już nie zdążył.

Tego nie da się przesłuchać nawet ducha.

◆ ◆ ◆

Zamawiamy mszę.

Nie mówimy księdzu o kredzie, śladach ani o tym, że Jasiek chodził po wodzie. Mówimy tylko, że chcemy modlić się za zmarłego.

Po mszy idę sama nad potok.

Kładę nóż na kamieniu.

— Masz — mówię. — To było niedokończone?

Woda szumi.

— Jasiek?

Nic.

Odwracam się.

Za plecami słyszę ciche:

— Zosia.

Zamieram.

Nie odwracam się od razu.

— Czego jeszcze?

— Niczego.

Głos brzmi spokojnie.

— To po co przyszedłeś?

— Żeby pierwszy raz nie odejść bez przeproszenia.

Odwracam się.

Droga jest pusta.

Na kamieniu nie ma noża.

Podbiegam. Szukam w trawie, w wodzie, pod brzegiem.

Zniknął.

Od tamtej nocy nikt więcej nie widzi Jaśka przy drodze do Harklowej.

Ale kiedy przechodzę tamtędy sama, zawsze patrzę na linię wody.

Nie dlatego, że boję się ducha.

Dlatego, że do dziś nie wiem, kto tamtej nocy zabrał nóż.

Po lekturze: źródło historyczne i zakres rekonstrukcji

Rdzeń źródłowy: piękny, lecz dumny parobek miał zginąć w drodze z Łopusznej do Harklowej, gdy przy schylaniu się nad potokiem zranił się własnym nożem. Jego duch pokutował później w miejscu śmierci, aż dziewczęta zamówiły za niego mszę.

Motyw źródłowy: podanie zapisane przez Goszczyńskiego o parobku z Łopusznej, śmiertelnym wypadku przy potoku oraz jego pokutującym duchu. Imię i dialogi są adaptacją literacką.

Warstwa językowa i pejzażowa tej adaptacji jest dodatkowo inspirowana publicznymi utworami Kazimierza Przerwy‑Tetmajera o Podhalu i górach; nie zmienia to źródłowego rdzenia legendy zapisanego przez Goszczyńskiego.

Ślad w terenieDroga Łopuszna–Harklowa i potok

To opowieść mocno związana z drogą między dwiema realnymi miejscowościami. Krajobraz zmienił się przez dwa stulecia, ale relacja Łopusznej, Harklowej, wody i drogi nadal daje tej historii geograficzny kręgosłup.

↑ Wróć do spisu
XIIITopielec z OstrowskaOstrowsko · nocny pościg na drodze do Czorsztyna+
Głos opowieści: Piotr — woźnica wracający po ciemku z Nowego Targu. Bagno przy Ostrowsku znasz tylko z opowieści, dopóki coś nie zaczyna biec za twoim wozem.
Lokalna zagadkaCo wychodzi nocą z mokradeł i dlaczego słychać plusk, ale nie słychać kroków?Czytaj jak śledczy: najważniejsze tropy nie zawsze są tym, co bohaterowie uznają za najważniejsze.
TABLICA XIIIIlustracja do legendy XIII: Topielec z Ostrowska. Ostrowsko · nocny pościg na drodze do Czorsztyna
Tablica XIII · „Topielec z Ostrowska” · Ostrowsko

Najgorsze w opowieściach o bagnie jest to, że zawsze słyszysz je w ciepłej karczmie.

Siedzisz przy ogniu, kubek grzeje dłonie, ludzie się śmieją, więc wszystko wydaje się małe.

— Jak będziesz wracał przez Ostrowsko, nie zatrzymuj konia przy mokradle — mówi mi karczmarz w Nowym Targu.

— A jak koń się zatrzyma?

— To go przekonaj.

— Cym?

— Batem, modlitwą albo strachem. Byle skutecznie.

Śmieję się.

— Co, topielec wyjdzie?

Karczmarz nie śmieje się ze mną.

— Nie topielec. Człowiek, który sam wszedł w wodę i teraz nie potrafi z niej odejść.

Godzinę później jestem na drodze sam.

I już mi nie jest do śmiechu.

◆ ◆ ◆

Nocna droga pod górami ma własne prawa. Za dnia człowiek widzi pola, chałupy, dym, ludzi. Po zmroku zostaje tylko pas drogi, koń i czarne kształty po bokach. Znam tę trasę dobrze. Wiem, gdzie koń zwalnia przed mostkiem, gdzie zarośla podchodzą blisko, gdzie bagno przy Ostrowsku oddycha chłodem nawet latem.

Mój koń, Bury, jest mądrzejszy ode mnie. Dlatego kiedy staje, nie biję go od razu.

— No, cóz ci je?

Uszy ma położone. Patrzy w lewo.

Tam jest bagno.

— Nie cuduj. Jedziemy.

Nie rusza.

Z mokradeł dobiega plusk. Jeden. Potem drugi, bliżej.

Przypominam sobie słowa karczmarza i sam na siebie się złoszczę.

— Bajania. Syćko bajania.

Wtedy z ciemności wychodzi człowiek. Nagi. Ociekający wodą. Staje na drodze kilkanaście kroków przede mną.

— Hej! — wołam. — Potrzebujecie pomocy?

Nie odpowiada.

Bury cofa wóz.

Człowiek robi krok.

Ja widzę jego twarz i nagle rozumiem, co jest w niej najgorsze. Nie to, że jest blada. Nie to, że z włosów cieknie mu woda.

On wygląda tak, jakby mnie znał.

Noc jest bezksiężycowa. Koń zna drogę, więc pozwalam mu iść własnym rytmem. Koła wozu wpadają w koleiny, błoto chlupie pod obręczami. Po lewej mam ciemne pola, po prawej pas trzcin i mokradło.

Nie patrzę tam.

Oczywiście patrzę.

Na wodzie leży mgła, niska i poszarpana. Co jakiś czas między trzcinami błyska czarna tafla.

Koń zwalnia.

— No, Bronek. Dalej.

Uszy stawia do przodu.

— Dalej mówię.

Nie rusza.

W trzcinach coś chlupie.

Jeden krok w wodzie.

Potem drugi.

— Sarna — mówię na głos.

Bronek cofa się tak gwałtownie, że wóz skrzypi.

Z mokradła dochodzi trzeci plusk.

Bliżej.

— Nie wygłupiaj się.

Nie wiem, czy mówię do konia, czy do tego czegoś.

Chwytam lejce.

W trzcinach pojawia się jasny kształt.

Najpierw myślę, że to pień brzozy. Potem pień robi krok.

Człowiek.

Nagi.

Skóra prawie biała w ciemności, włosy przyklejone do twarzy. Stoi po kolana w czarnej wodzie i patrzy na mnie.

— Hej! — wołam, zanim rozum zdąży mnie powstrzymać. — Potrzebujesz pomocy?

Człowiek przechyla głowę.

Robi kolejny krok.

Nie odpowiada.

— Zgubiłeś ubranie?

Wiem. Głupie pytanie.

Podchodzi do brzegu.

I wtedy widzę, że woda ścieka z niego, ale błoto nie przykleja się do stóp.

Bronek rży.

Człowiek wychodzi na drogę.

— Jedziemy.

Uderzam lejcami.

Koń rusza jak wystrzelony.

◆ ◆ ◆

Przez pierwsze sto kroków słyszę tylko koła i własny oddech.

Potem za wozem rozlega się plusk.

Niemożliwe, bo jesteśmy już daleko od wody.

Drugi.

Trzeci.

Jakby ktoś biegł po drodze, stawiając stopy w niewidzialnych kałużach.

Nie oglądaj się, mówię sobie.

Bronek pędzi. Wóz podskakuje. W jednej koleinie prawie wylatuję z kozła.

Za mną pluski są coraz bliżej.

Nie słychać kroków.

Tylko wodę.

To właśnie przeraża najbardziej.

— Haj! Haj!

Koń nie potrzebuje zachęty. Piana leci mu z pyska.

Przed nami droga zakręca przy kapliczce. Wiem, że jeśli wóz wejdzie za szybko, przewrócimy się.

Ściągam lejce.

Bronek nie reaguje.

Za plecami słyszę oddech.

Teraz już jest na tyle blisko, że czuję zimno na karku.

Nie wytrzymuję.

Odwracam głowę.

Nikogo nie ma.

Droga pusta aż po zakręt.

I wtedy z prawej strony wozu pojawia się twarz.

Biegnie obok mnie.

Nie wiem jak długo.

Człowiek z bagna patrzy prosto na mnie, choć nogi poruszają mu się w tempie niemożliwym dla człowieka.

Usta ma otwarte.

Zamiast głosu wylewa się z nich woda.

Krzyczę.

Bronek skręca.

Koło uderza w kamień.

Wóz staje na dwóch kołach, potem z hukiem spada z powrotem.

Człowiek znika.

Z oddali odzywa się dzwon.

Jeden głęboki ton.

Potem drugi.

Bronek zwalnia sam.

Pluski ustają.

◆ ◆ ◆

Do domu docieram nad ranem.

Żona patrzy na mnie i od razu przestaje pytać, czemu tak późno.

— Co ci się stało?

— Nic.

— Piotr.

— Wóz wpadł w koleinę.

— A czemu masz mokre plecy?

Dotykam koszuli.

Jest przesiąknięta zimną wodą od karku do pasa.

Nie padało.

Nie wpadłem do bagna.

Przez chwilę nie mogę odpowiedzieć.

— Rozlałem coś.

— Co?

— Nie wiem.

To jest pierwsze kłamstwo.

Drugie mówię rano sąsiadowi: że koń się spłoszył.

Trzecie — samemu sobie: że widziałem pijaka.

Przez cały dzień próbuję znaleźć rozsądne wyjaśnienie.

Wieczorem postanawiam wrócić.

— Tyś oszalał — mówi żona.

— Jeśli to człowiek, może potrzebuje pomocy.

— A jeśli nie człowiek?

— Tym bardziej chcę wiedzieć.

Nie mówię jej, że boję się bardziej niewiedzy niż bagna.

◆ ◆ ◆

Następnego dnia jadę z Bartkiem, który zna mokradła od dziecka.

Słońce świeci. Wszystko wygląda zwyczajnie.

Pokazuję miejsce, gdzie postać wyszła z trzcin.

— Tu.

Bartek ogląda brzeg.

— Śladów nie ma.

— Była noc. Mogło zalać.

— Woda od wczoraj opadła, nie przybyła.

Wchodzimy kilka kroków w trzciny. Ziemia miękka. Nasze buty od razu zostawiają głębokie odciski.

— Gdyby ktoś wyszedł tędy nago, miałby całe nogi w błocie — mówi Bartek.

— Widziałem czyste stopy.

Bartek patrzy na mnie.

— Tego nie mówiłeś.

Idziemy dalej.

Nagle znajdujemy coś dziwnego: pas trzcin położonych płasko od wnętrza bagna aż do drogi. Jakby ciężki przedmiot ciągnięto tędy wielokrotnie.

— Zwierzę?

Bartek kuca.

— Zwierzę chodzi ścieżką. To wygląda, jakby coś wlokło się całym ciałem.

Na końcu pasa, tuż przy wodzie, stoi stary słupek. Prawie zgniły. Na nim zardzewiały kawałek łańcucha.

— Co tu było?

Bartek długo milczy.

— Mój dziad mówił o człowieku, który się utopił.

— Sam?

— Sam wszedł.

— Czemu łańcuch?

— Tego nie wiem.

Patrzę na ogniwa.

Jedno jest wygięte, jakby ktoś rozerwał je siłą.

◆ ◆ ◆

W karczmie pytam najstarszych.

Na początku nikt nie chce mówić. Potem jeden z mężczyzn, Franciszek, przyciąga stołek.

— Był taki człowiek. Nazywali go Szymek.

— Co zrobił?

— Mówiło się, że po śmierci żony przestał być sobą. Pewnej nocy poszedł w bagno.

— Przywiązany?

Franciszek patrzy na mnie zaskoczony.

— Skąd wiesz?

— Jest słup i łańcuch.

Stary wzdycha.

— Ludzie go wcześniej wiązali, żeby nie zrobił sobie krzywdy. Uciekł. Łańcuch podobno wlókł za sobą aż do mokradła.

— Znaleźli ciało?

— Nie od razu.

— A potem?

— Potem już nie było całe.

Nie pytam o szczegóły.

— Dlaczego goni ludzi?

Franciszek patrzy w ogień.

— Może nie goni.

— Widziałem go obok wozu.

— A mówił coś?

— Nie. Z ust leciała woda.

Stary unosi wzrok.

— Może próbuje powiedzieć.

— Co?

— Tego właśnie nikt nie chce sprawdzić.

◆ ◆ ◆

Trzeci raz wracam nocą.

Tak, wiem. Rozsądny człowiek tego nie robi.

Biorę Bartka. Umawiamy się, że nie uciekamy od razu. Stajemy z wozem przed bagnem. Koń drży.

Czekamy.

Minuta.

Dziesięć.

Pół godziny.

— Nic — szepcze Bartek.

Wtedy plusk.

Z trzcin wychodzi jasna postać.

Bartek przeklina pod nosem.

— Widzisz?

— Widzę.

To słowo przeraża mnie bardziej niż wszystko wcześniej. Bo odbiera mi ostatnią możliwość, że zwariowałem.

Człowiek idzie ku nam.

— Szymek! — wołam.

Zatrzymuje się.

— Jeśli czegoś chcesz, powiedz!

Usta otwierają się.

Słyszymy chlupot.

Bartek łapie mnie za ramię.

— Piotr, jedziemy.

— Jeszcze chwilę.

Postać podnosi rękę.

Wskazuje za siebie, w bagno.

Potem na mnie.

Znów w bagno.

— Co tam jest?

Robi krok.

Koń szarpie wóz.

— Piotr!

Postać zaczyna biec.

— Jedziemy!

Tym razem nie oglądam się ani razu.

◆ ◆ ◆

Rano wracamy pieszo do miejsca, które wskazywał.

Po godzinie szukania Bartek znajduje w mule metalową sprzączkę. Potem fragment łańcucha. Dalej — coś jeszcze.

Mały krzyżyk na rzemyku.

Franciszek rozpoznaje go od razu.

— Jego żona mu dała.

— Czyli to było tam cały czas.

— Może.

— I po to wskazywał?

Stary wzrusza ramionami.

— Ty go widziałeś. Ty mi powiedz.

Krzyżyk oddajemy księdzu. Mszę odprawiają za Szymka i jego żonę.

Przez kilka tygodni nikt nie słyszy o człowieku z bagna.

Myślę, że zagadka się skończyła.

Do pierwszej jesiennej nocy.

Wracam wtedy tą samą drogą. Bronek już nie żyje; mam młodego konia, który nie zna historii.

Przy mokradle zwalnia.

W trzcinach rozlega się plusk.

Jeden.

Potem drugi.

Nie patrzę.

— Szymek? — pytam cicho.

Z bagna dochodzi dźwięk, którego nigdy wcześniej nie słyszałem.

Nie plusk.

Jakby ktoś wreszcie nabrał powietrza.

Koń rusza dalej.

A ja do dziś nie wiem, czy tamtej nocy coś mnie goniło.

Może przez cały czas nie próbowało mnie dogonić. Może próbowało mnie zatrzymać.

Po lekturze: źródło historyczne i zakres rekonstrukcji

Rdzeń źródłowy: na polach Ostrowska, przy drodze między Nowym Targiem a Czorsztynem, z bagna miał nocą wybiegać nagi człowiek i ścigać przechodniów. Uważano go za ducha samobójcy.

Motyw źródłowy: zapis Goszczyńskiego o nagim duchu samobójcy wychodzącym z bagna na polach Ostrowska przy drodze Nowy Targ–Czorsztyn. Bohater i dialogi są adaptacją literacką.

Warstwa językowa i pejzażowa tej adaptacji jest dodatkowo inspirowana publicznymi utworami Kazimierza Przerwy‑Tetmajera o Podhalu i górach; nie zmienia to źródłowego rdzenia legendy zapisanego przez Goszczyńskiego.

Ślad w terenieOstrowsko — dawna droga i mokradła

Goszczyński umieszcza podanie na polach Ostrowska, przy drodze pomiędzy Nowym Targiem a Czorsztynem. Dokładne dawne bagno trudno utożsamić bez dalszych badań terenowych, dlatego pozostaje tropem, nie pinezką.

↑ Wróć do spisu
XIVDiabeł pod KluczkamiBukowina Łopuszańska pod Kluczkami · nieznajomy i trzy nacięcia+
Głos opowieści: Kuba — młody juhas wypasający bydło w Bukowinie Łopuszańskiej. Jesteś pierwszy, który widzi eleganckiego nieznajomego między zwierzętami.
Lokalna zagadkaKim jest człowiek ubrany po niemiecku i dlaczego zwykły jawor zaczyna ranić każdego, kto podnosi na niego siekierę?Czytaj jak śledczy: najważniejsze tropy nie zawsze są tym, co bohaterowie uznają za najważniejsze.
TABLICA XIVIlustracja do legendy XIV: Diabeł pod Kluczkami. Bukowina Łopuszańska pod Kluczkami · nieznajomy i trzy nacięcia
Tablica XIV · „Diabeł pod Kluczkami” · Bukowina Łopuszańska pod Kluczkami

Pierwszy widzę go między krowami.

Jest południe, dzień świętych Piotra i Pawła, słońce stoi wysoko nad Bukowiną Łopuszańską. Bydło rozlało się po trawie, dzwonki brzmią leniwie. Leżę na plecach i żuję źdźbło, kiedy nagle wszystkie dzwonki milkną.

Nie stopniowo.

Naraz.

Podnoszę się.

Krowy stoją nieruchomo i patrzą w jedną stronę.

Tam idzie człowiek.

Czarny surdut. Jasna kamizelka. Wysoki kapelusz. Buty tak czyste, jakby nie przeszedł ani kroku po naszej ziemi.

Wygląda bardziej jak urzędnik z miasta niż ktoś, kto powinien znaleźć się sam pod Kluczkami.

— Hej! — wołam.

Nie odpowiada.

Przechodzi między krowami.

Żadna się nie cofa. Żadna go nie obwąchuje. Jedna stara krasula opuszcza łeb niemal do ziemi.

— Panie! Perć je niżej!

Mężczyzna odwraca głowę.

Uśmiecha się.

— Wiem, gdzie jest droga.

Mówi po polsku dobrze, ale twardo, jak Niemiec.

— To kaj idziecie?

Wskazuje las.

— Do starego znajomego.

◆ ◆ ◆

Bukowina Łopuszańska to moje lato. Gdy zamknę oczy, nawet zimą czuję tam zapach trawy rozgrzanej słońcem, słyszę dzwonki bydła i widzę las wspinający się ku Kluczkom. Każdy kamień ma nazwę, każdy potok swój głos. Człowiek może stąd wyjechać, ale ta ziemia nie wyjeżdża z człowieka nigdy.

Dlatego obcy od razu mi nie pasuje. Nie przez surdut. Nie przez buty. Przez sposób, w jaki idzie. Ludzie stela omijają mokre miejsca bez patrzenia, wiedzą, gdzie trawa kryje kamień. On stawia nogę wszędzie pewnie, a błoto jakby samo ustępowało.

— Panie! — wołam. — Zgubiliście perć!

Nie odwraca się.

Stary juhas Franek podbiega do mnie.

— Kto to?

— Nie wiem nikiej.

— To po co za nim lezies?

— Bo idzie do naszego lasu.

Franek spluwa.

— Las nie twój.

— Ale znam go.

— To tym bardziej wies, coby czasem nie włazić.

Obcy znika między drzewami. Po chwili rozlega się pierwszy cios siekiery. Głuchy. Potem drugi.

Bydło za nami zaczyna ryczeć.

Biegniemy.

Powinienem go zostawić.

Zamiast tego idę za nim.

Mam osiemnaście lat i tę chorobę młodych ludzi, przez którą ostrzeżenie brzmi jak zaproszenie.

Nieznajomy porusza się szybko, choć nie widzę, żeby przyspieszał. Muszę niemal biec.

— Kogo macie w lesie?

— Kogoś cierpliwego.

— Jak się nazywa?

Zatrzymuje się przy jaworze.

Drzewo jest wielkie, stare, pień ma tak szeroki, że dwóch ludzi nie objęłoby go rękami.

Mężczyzna dotyka kory.

— Imiona są dla tych, którzy mogą odejść.

Wyciąga spod płaszcza małą siekierkę.

— Co robicie?

Pierwsze uderzenie.

Dźwięk idzie przez las jak strzał.

Drugie.

Z pnia wypływa ciemny sok.

Trzecie.

Krowy na polanie zaczynają ryczeć.

— Przestańcie!

Chwytam go za ramię.

Jest zimne przez materiał, choć dzień gorący.

Odwraca się.

— Nie dotykaj cudzej umowy, chłopcze.

— Jakiej umowy?

— Tej, którą twoi starsi już zapomnieli.

Wyciera ostrze siekierki białą chustką. Chustka robi się czarna.

— Kim jesteście?

Nakłada kapelusz.

— Zapytaj drzewa.

Odchodzi między buki.

Biegnę za nim.

Po dziesięciu krokach nie ma nikogo.

Nie ma ścieżki. Nie ma trzasku gałęzi. Nie ma nawet ruchu liści.

Wracam do jaworu.

Trzy nacięcia są głębokie i równe.

Dotykam kory.

Pień jest gorący.

◆ ◆ ◆

Wieczorem opowiadam ojcu.

— Człowiek po niemiecku?

— Tak.

— Z siekierką?

— Tak.

— I zniknął?

— Tak.

Ojciec wstaje od stołu.

— Pokaż.

Idziemy jeszcze przed zachodem. Gdy widzi jawor, nie pyta już, czy zmyślam.

— Trzy razy? — mówi.

— Trzy.

— Dotykałeś?

— Tak.

Łapie mnie za nadgarstek.

— Po co?

— Chciałem sprawdzić.

— Wszystkiego nie trzeba sprawdzać własną skórą.

Obchodzi pień. Nie dotyka go.

— Widziałeś cień tego człowieka?

Pytanie jest tak dziwne, że przez chwilę nie rozumiem.

— Co?

— Cień. Słońce było za nim czy przed nim?

Próbuję sobie przypomnieć.

Krowy miały cienie. Ja miałem. Jawor miał długi cień na trawie.

Nieznajomy...

Nie pamiętam.

— Nie wiem nikiej.

Ojciec robi znak krzyża.

— Jutro tu nie przychodzisz.

— A bydło?

— Pójdzie gdzie indziej.

— Dlaczego?

— Bo mój dziad opowiadał o takim człowieku.

— Co opowiadał?

Ojciec patrzy na trzy nacięcia.

— Że kiedy pojawia się w dzień Piotra i Pawła, ktoś potem płaci za to krwią.

◆ ◆ ◆

Nie musimy długo czekać.

Dwa dni później Franek, drwal z sąsiedniej wsi, przychodzi po jawor.

Nie zna historii. Gospodarz sprzedał mu kilka drzew i nikt nie powiedział, którego ma nie ruszać.

Jestem na polanie, gdy słyszę pierwszy cios.

Biegnę.

— Franek! Zostaw!

— Co?

— Nie tnij tego!

Śmieje się.

— Twój ojciec też zwariował?

Unosi siekierę.

— Franek!

Ostrze trafia w pień.

Odbija się jak od kamienia.

Siekiera obraca mu się w dłoniach i rozcina przedramię.

Krew tryska na korę.

Franek krzyczy.

Podbiegam, zaciskam mu ranę paskiem.

— Mówiłem.

— Sęk — syczy.

— Nie trafiłeś w sęk.

— To co?

Nie odpowiadam.

Na pniu obok jego świeżego uderzenia nadal widać trzy stare nacięcia.

Ciemne.

Jakby drewno wokół nich nie chciało zarosnąć.

◆ ◆ ◆

Po Franku próbują inni.

Nie od razu. Ludzie śmieją się, że wypił, że źle złapał siekierę.

Następny drwal rani się w nogę.

Trzeci łamie stylisko; odłamek wbija mu się pod oko.

Czwarty nawet nie uderza. Gdy podnosi topór, koń przy wozie wpada w panikę i przewraca go na ziemię.

Wtedy przestają próbować.

A ja zaczynam szukać odpowiedzi.

Chodzę do starych ludzi. Pytam o „Niemca”. Każdy zna kawałek.

Jedna kobieta mówi, że widziano go przed pożarem szałasu.

Stary baca twierdzi, że jego ojciec widział podobnego człowieka przy granicy lasu, zawsze w święto Piotra i Pawła.

— Co on robi? — pytam.

— Przypomina.

— Co?

— Dług.

— Jaki dług?

Baca wzrusza ramionami.

— Gdybyśmy wiedzieli, nie byłby legendą.

Jedyny konkretny trop daje mi kowal z Harklowej.

— Wysoki kapelusz? — pyta.

— Tak.

— Czyste buty?

— Tak.

— Mówił jak cudzoziemiec?

— Tak.

Kowal odkłada młotek.

— Nie jesteś pierwszym, który go opisuje.

— Widziałeś?

— Nie. Ale mój ojciec kuł kiedyś dla człowieka, który przyjechał nocą od Dunajca. Też tak wyglądał.

Czuję chłód mimo gorąca kuźni.

— Ten sam?

— Tego ci nie powiem. Ale jak spotkasz jeszcze raz, nie pytaj o nazwisko.

— Czemu?

— Bo może odpowie.

◆ ◆ ◆

Mija lato. Potem jesień.

Zimą idę do jaworu sam.

Chcę sprawdzić jedną rzecz.

Jeśli sok wypływał przez upał, pień powinien być teraz lodowaty. Jeśli nacięcia nie zarastają przez chorobę, powinienem znaleźć grzyb albo zgniliznę.

Las skrzypi od mrozu. Śnieg jest suchy, niebo jasne.

Staję przed drzewem.

Trzy nacięcia są dokładnie takie, jak latem.

Przykładam dłoń do kory.

Ciepło.

Nie lekko cieplejsze od powietrza.

Ciepłe jak bok zwierzęcia.

Cofam rękę.

— Niemożliwe.

Za mną ktoś mówi:

— A jednak sprawdzasz własną skórą.

Odwracam się gwałtownie.

Między drzewami stoi mężczyzna w czarnym surducie.

Ten sam kapelusz.

Te same czyste buty na głębokim śniegu.

Nie ma śladów za nim.

— Czego chcesz od tego drzewa?

Uśmiecha się.

— Ja? Niczego.

— To po co je naciąłeś?

— Żebyście wy pamiętali.

— Co?

Patrzy na pień.

— Zapytaj najstarszego człowieka, dlaczego kiedyś nie wolno było go ścinać.

— Pytałem. Nikt nie wie.

— Wiedzą. Tylko odpowiedź jest gorsza od niewiedzy.

Robi krok w tył.

— Czekaj!

— Nie dotykaj go w rocznicę.

— Dlaczego?

— Bo wtedy drzewo oddaje to, co dostało.

— Co dostało?

Mężczyzna spogląda na moją rękę.

Przypominam sobie krew Franka na korze.

Potem znika między drzewami.

Tym razem biegnę natychmiast.

Znajduję tylko śnieg.

Gładki.

Bez jednego śladu buta.

◆ ◆ ◆

Nigdy nie dowiedziałem się, jaki „dług” miał pamiętać jawor.

Może nie było żadnego. Może dziadkowie dodawali znaczenie do zwykłego drzewa, a ludzie ranili się dlatego, że bali się przed uderzeniem.

Tylko jedna rzecz nie daje mi spokoju.

Kilka lat później, dokładnie w dzień Piotra i Pawła, przechodzę skrajem Bukowiny Łopuszańskiej.

Jawor stoi daleko między drzewami.

Słońce jest ostre. Każdy pień rzuca cień.

Patrzę na ziemię pod jaworem.

Widzę cień drzewa.

I obok niego drugi.

Wąski, wysoki, w kapeluszu.

Nikogo przy pniu nie ma.

Po lekturze: źródło historyczne i zakres rekonstrukcji

Rdzeń źródłowy: w Bukowinie Łopuszańskiej pod Kluczkami miał w dzień św. Piotra i Pawła pojawić się diabeł „ubrany po niemiecku”, przejść między bydłem i porąbać jawor. Każdy późniejszy śmiałek próbujący ściąć drzewo miał się kaleczyć.

Motyw źródłowy: podanie o diable ubranym „po niemiecku” w Bukowinie Łopuszańskiej pod Kluczkami i przeklętym jaworze. Dialogi oraz postaci pasterzy i drwali są adaptacją literacką.

Warstwa językowa i pejzażowa tej adaptacji jest dodatkowo inspirowana publicznymi utworami Kazimierza Przerwy‑Tetmajera o Podhalu i górach; nie zmienia to źródłowego rdzenia legendy zapisanego przez Goszczyńskiego.

Ślad w terenieBukowina Łopuszańska pod Kluczkami

To jedna z najbardziej lokalnych wskazówek Goszczyńskiego: Bukowina Łopuszańska, pod górą nazywaną przez niego Kluczkami. Dzisiejsze nazewnictwo nie zawsze pokrywa się z XIX‑wiecznym, co samo w sobie czyni poszukiwanie ciekawsze.

↑ Wróć do spisu
XVPowóz z DunajcaHarklowa · nocny klient kowala i powóz znad Dunajca+
Głos opowieści: Michał — kowal z Harklowej. To do twoich drzwi ktoś wali w środku nocy i to ty bierzesz do ręki złotą podkowę.
Lokalna zagadkaSkąd przyjechał powóz sześciu czarnych koni, dlaczego ich kopyta są mokre i czemu zapłata za jedną podkowę okazuje się zbyt dobra?Czytaj jak śledczy: najważniejsze tropy nie zawsze są tym, co bohaterowie uznają za najważniejsze.
TABLICA XVIlustracja do legendy XV: Powóz z Dunajca. Harklowa · nocny klient kowala i powóz znad Dunajca
Tablica XV · „Powóz z Dunajca” · Harklowa

O drugiej w nocy nikt uczciwy nie wali do kowala.

Uczciwy człowiek przychodzi przed zachodem, mówi „Szczęść Boże”, pokazuje pękniętą obręcz albo konia do podkucia i cierpliwie czeka.

Ten uderza w drzwi trzy razy tak mocno, że z półki spada mi żelazny hak.

Budzę się przy palenisku. Zasnąłem w ubraniu po całym dniu roboty.

— Kto tam po nocy?

Cisza.

Potem czwarte uderzenie.

— Pali się gdzieś?

Głos zza drzwi odpowiada spokojnie:

— Koń zgubił podkowę.

— O takiej porze?

— Koń nie zna godziny.

Już wtedy powinienem nie otwierać.

Otwieram.

Przed kuźnią stoi powóz.

Sześć czarnych koni.

I pierwsza rzecz, której nie potrafię wyjaśnić: wszystkie są mokre.

Nie od potu.

Woda ścieka z grzyw i brzuchów, kapie z uprzęży na ziemię. Za nimi droga jest sucha.

— Skądeście jadom? — pytam.

Woźnica w czarnym płaszczu wskazuje w stronę Dunajca.

— Stamtąd.

— Z Harklowej od strony rzeki?

— Z rzeki.

Patrzę na niego.

Nie uśmiecha się.

◆ ◆ ◆

Dunajec jest moim najbliższym sąsiadem. Z kuźni słyszę go zimą pod lodem i latem, kiedy srebrnopienny prąd idzie po kamieniach jasno i szybko. Po powodzi znajduję na brzegu całe drzewa, czasem część płotu, czasem coś, o co lepiej nie pytać. Rzeka przynosi i zabiera. Kowal uczy się tego równie dobrze jak rybak.

Tej nocy, zanim otwieram drzwi, słyszę jeszcze jeden dźwięk: kapanie.

Kap. Kap. Kap.

Jakby po drugiej stronie stało sześć koni wyciągniętych przed chwilą z głębokiej wody.

— Skądeście przyjechali? — pytam przez drzwi.

— Drogą.

— Którą?

Cisza.

Otwieram.

Powóz stoi czarny pod księżycem. Konie parują. Woda ścieka z ich grzyw i zbiera się na ziemi, choć nie padało od trzech dni. Mężczyzna na koźle ma twarz spokojną jak ksiądz przy ołtarzu.

— Podkowa — mówi.

Schylam się przy nodze konia. W błocie widzę ślad koła. Jeden. Zaczyna się dokładnie przed moją kuźnią. Nie prowadzi od drogi.

Patrzę ku Dunajcowi.

Tam, w świetle księżyca, powierzchnia wody jeszcze się kołysze.

Z powozu wysiada drugi człowiek. Elegancki. Jasna kamizelka, długi płaszcz, wysoki kapelusz. Mówi z obcym akcentem.

— Kowal Michał?

— Ja.

— Mówiono, że jesteście najlepszy.

— Kto mówił?

— Ludzie, którzy przejeżdżają tędy nocą.

To mi się nie podoba jeszcze bardziej.

Prowadzą pierwszego konia do kuźni. Zwierzę jest wielkie, czarne bez jednej białej plamki. Nie parska. Nie szarpie się. Stoi nienaturalnie spokojnie.

Podnoszę nogę.

Kopyto zimne jak kamień z rzeki.

— Gdzie stara podkowa?

Elegancki mężczyzna wyciąga ją z kieszeni i kładzie na kowadle.

Dźwięk jest inny niż żelaza.

Biorę podkowę do ręki.

Ciężka. Żółta pod sadzą.

Skrobię pilnikiem.

Błysk.

Złoto.

— To żart?

— Nie żartuję przy koniach.

— Nikt nie podkuwa złotem.

— My podkuwamy.

— Złoto jest miękkie.

— Dla was.

Patrzę mu w twarz.

— Kim jesteście?

— Dziś waszym klientem.

◆ ◆ ◆

Robię nową podkowę z żelaza. Złotej nie chcę przekuwać; jest pęknięta przy otworze. Mierzę kopyto. Rozgrzewam metal.

Kiedy przykładam gorącą podkowę, powinien buchnąć zapach przypalonego rogu.

Nic.

Żadnego dymu.

Koń nawet nie drgnie.

Cofam rękę.

— Ten koń żyje?

Woźnica patrzy na mnie po raz pierwszy.

— Nie zadawaj pytań, jeśli chcesz spokojnie spać.

Elegancki mężczyzna ucisza go gestem.

— Kowal ma prawo wiedzieć, co kuje.

— To co kuję?

Uśmiecha się lekko.

— Drogę.

— Nie rozumiem.

— I dobrze.

Wbijam ostatni gwóźdź.

Koń stawia nogę na ziemi.

W tej samej chwili wszystkie sześć zwierząt jednocześnie wypuszcza powietrze.

Kuźnia robi się pełna mgły.

Nie pary z pyska. Mgły pachnącej rzeką, mułem i czymś słodkim, jak gnijące liście.

— Zapłata — mówi mężczyzna.

Kładzie na stole pękniętą złotą podkowę.

— Za dużo.

— To nie wszystko.

Z powozu wyjmuje strzelbę.

Piękna. Długa lufa, ciemne drewno, metal grawerowany w nieznane mi znaki.

— Nie potrzebuję.

— Każdy myśliwy potrzebuje dobrej strzelby.

— Skąd wiecie, że poluję?

— Mówiono, że jesteście najlepszy.

Powtarza moje własne słowa jak odpowiedź.

Biorę broń.

To drugi błąd tej nocy.

Pierwszym było otworzyć drzwi.

◆ ◆ ◆

Powóz odjeżdża ku Dunajcowi.

Idę za nim kilka kroków.

Koła nie skrzypią. Konie nie stukają kopytami.

Przy brzegu mgła gęstnieje.

— Hej! — wołam. — Most jest dalej!

Nikt nie odpowiada.

Powóz wjeżdża prosto w wodę.

Spodziewam się chlupotu, krzyku, przewróconych koni.

Nie ma nic.

Czarne sylwetki znikają w mgle nad rzeką.

Biegnę do brzegu.

Woda płynie spokojnie.

Na piasku nie ma kolein.

Wracam do kuźni i natychmiast zamykam drzwi.

Złota podkowa leży na stole.

Strzelba oparta o ścianę.

A więc nie śniłem.

To byłoby wygodniejsze.

◆ ◆ ◆

Przez trzy dni nie dotykam broni.

Czwartego idę w las.

Nie dlatego, że jestem głupi.

Dlatego, że jestem myśliwym.

To czasem prawie to samo.

Widzę zająca na skraju polany. Podnoszę strzelbę. Nie przykładam nawet dokładnie do ramienia.

Strzał.

Zając pada.

— Celna — mówię sam do siebie.

Podchodzę.

To nie jest zając.

Leży ptak, jakiego nigdy nie widziałem. Wielki, ciemnoniebieskie pióra, czerwony dziób, skrzydła szerokie jak u orła.

Patrzę na miejsce, gdzie przed sekundą biegł zając.

— Niemożliwe.

Zabieram ptaka do wsi.

Nikt go nie zna.

Stary leśniczy ogląda pióra.

— Skąd?

— Z lasu.

— Nie z naszego.

— Strzeliłem tutaj.

— To on nie był tutaj.

Śmieją się, ale niespokojnie.

Następnego dnia wracam.

Strzelam do sarny.

Kiedy dochodzę, znajduję małe zwierzę w pręgi, z długim ogonem. Żywe. Patrzy na mnie żółtymi oczami i ucieka na drzewo.

Nigdy czegoś takiego nie widziałem.

Trzeciego dnia nie strzelam do niczego.

Celuję w pustą skałę.

Naciskam spust.

Z lasu po drugiej stronie doliny rozlega się ryk.

Nie jelenia. Nie niedźwiedzia.

Coś większego.

Odpowiadam sobie: dość.

◆ ◆ ◆

Próbuję rozłożyć strzelbę.

Nie potrafię.

Śruby wyglądają zwyczajnie, ale żadna nie puszcza. Lufa nie ma śladów sadzy. Po trzech strzałach jest czysta.

Kładę broń na kowadle i lekko uderzam młotkiem w zamek.

Młotek odbija.

Na stali pojawia się kropla wody.

Potem druga.

Strzelba zaczyna być mokra.

Jak konie.

W nocy budzi mnie skrobanie.

Broń stoi w rogu.

Skrobanie dochodzi z drzwi.

Patrzę przez szparę.

Na zewnątrz nikogo.

Rano pod progiem znajduję ślad końskiego kopyta.

Jeden.

Tego samego rozmiaru co koń, którego podkuwałem.

◆ ◆ ◆

Idę do proboszcza.

Nie mówię od razu wszystkiego. Pytam, czy można poświęcić strzelbę.

— Można poświęcić człowieka do uczciwej roboty, dom, pola. Po co święcić broń?

— Bo nie jestem pewien, skąd ją mam.

Patrzy na mnie długo.

— To oddaj temu, od kogo dostałeś.

— Nie znam adresu.

— Znasz drogę?

Myślę o powozie wjeżdżającym do Dunajca.

— Chyba.

Tej nocy biorę strzelbę i idę nad rzekę.

Złotą podkowę zostawiam w kuźni.

Woda czarna, szybka. Mgła nisko.

— Jeśli to wasze, odbierzcie! — wołam.

Nic.

— Słyszycie?!

Z drugiego brzegu odpowiada stuk kopyta.

Raz.

Potem drugi.

W mgle zapalają się dwie latarnie.

Między nimi zarys powozu.

Nie jedzie po drodze.

Jedzie po wodzie.

Cofam się.

Elegancki mężczyzna stoi na koźle.

— Nie podoba się zapłata?

— Zabierzcie ją.

— Użyłeś.

— Nie wiedziałem, co robi.

— Każdy tak mówi po pierwszym życzeniu.

— To nie było życzenie.

— Strzeliłeś.

Powóz zbliża się bez plusku.

— Czego chcecie?

— Niczego. Dług już powstał.

— Jaki dług?

Uśmiecha się.

— Zapytaj drzewa, zwierzęcia albo człowieka, którego jeszcze nie trafiłeś.

Wtedy rozumiem.

Jeśli następnym razem wyceluję w człowieka, strzelba może przynieść coś, czego nie potrafię cofnąć.

Rzucam ją do Dunajca.

Nie robi plusku.

Po prostu znika pod czarną powierzchnią.

Powóz zatrzymuje się.

Mężczyzna zdejmuje kapelusz.

— Rozsądniej, niż wyglądasz, kowalu.

Mgła zamyka się wokół niego.

Latarnie gasną.

◆ ◆ ◆

Wracam do kuźni przed świtem.

Złota podkowa wisi na gwoździu. Nie chcę jej dotykać. Zostawiam ją, żeby przypominała mi, że nie każda zapłata jest zarobkiem.

Mija rok.

Potem drugi.

Pewnej wiosny Dunajec wzbiera po deszczach. Nocą budzi mnie znajomy stuk.

Nie w drzwi.

Na glinianej podłodze.

Raz.

Dwa.

Trzy.

Zapalam lampę.

Na ziemi widzę mokry ślad kopyta.

Potem następny.

Sześć śladów prowadzi od drzwi do ściany.

Do gwoździa, na którym wisiała złota podkowa.

Gwoźdź jest pusty.

Ślady wracają do progu.

Wychodzę.

Na drodze nie ma nic.

Idę za mokrymi odbiciami aż do Dunajca.

Tam się kończą.

Stoję długo przy wodzie.

— Dług spłacony? — pytam.

Z rzeki dochodzi metaliczny dźwięk.

Jak podkowa odkładana na kowadło.

Nigdy więcej nie widziałem powozu.

Ale kiedy ktoś dziś puka do mojej kuźni po północy, zanim otworzę, zawsze pytam dwa razy:

— Skąd jedziecie?

Jeśli odpowiedź brzmi „od Dunajca”, ogień może sobie wygasnąć.

Po lekturze: źródło historyczne i zakres rekonstrukcji

Rdzeń źródłowy: nocą do kowala w Harklowej miał przyjechać powóz, który według podania wyjechał z Dunajca. Zaprzężony był w sześć czarnych koni, a jeden z nich zgubił złotą podkowę. W nagrodę kowal dostał niezwykłą strzelbę.

Motyw źródłowy: podanie z Harklowej o powozie wyjeżdżającym nocą z Dunajca, sześciu czarnych koniach, złotej podkowie i strzelbie pozwalającej polować na niezwykłą zwierzynę. Rozwinięcie działania strzelby i dialogi są adaptacją literacką.

Warstwa językowa i pejzażowa tej adaptacji jest dodatkowo inspirowana publicznymi utworami Kazimierza Przerwy‑Tetmajera o Podhalu i górach; nie zmienia to źródłowego rdzenia legendy zapisanego przez Goszczyńskiego.

Ślad w terenieHarklowa i Dunajec

Powóz miał według podania przyjechać właśnie od strony Dunajca. W Harklowej rzeka nie jest tłem; jest osią całej zagadki. Najlepiej wyobrazić sobie tę historię nocą, przy chłodzie idącym od wody.

↑ Wróć do spisu
XVIZnaki nad góramiGorce · śledztwo prowadzone po chmurach, zwierzętach i wietrze+
Głos opowieści: Antek — młody juhas uczący się od starego bacy Szymona. Na początku wyśmiewasz jego znaki, potem zaczynasz je notować jak śledczy.
Lokalna zagadkaCzy góralskie znaki pogody to tylko zabobon, czy układają się w system — i co zapowiada głos koguta, którego stary baca nie chce objaśnić?Czytaj jak śledczy: najważniejsze tropy nie zawsze są tym, co bohaterowie uznają za najważniejsze.
TABLICA XVIIlustracja do legendy XVI: Znaki nad górami. Gorce · śledztwo prowadzone po chmurach, zwierzętach i wietrze
Tablica XVI · „Znaki nad górami” · Gorce

Pierwszego lata u Szymona zapisuję jego przepowiednie tylko po to, żeby udowodnić mu, że się myli.

Mam siedemnaście lat, pilnuję z nim owiec wysoko nad doliną i jestem przekonany, że stary baca widzi pogodę tam, gdzie inni widzą chmury.

— Po południu deszcz — mówi, choć niebo jest czyste.

— Skądze?

Wskazuje Babią Górę.

— Założyła czepek.

Patrzę. Nad szczytem wisi mała biała chmura.

— To ma być dowód?

— Nie dowód. Ostrzeżenie.

— To jo zapisę.

Wyciągam kawałek papieru.

— Cóz zapiszes?

— „Szymon, godzina ósma: deszcz po południu, bo góra ma czapkę”. Jak nie spadnie, będę wam przypominał do zimy.

Stary się uśmiecha.

— Zapisuj też, jak pachnie powietrze.

— Powietrze nie pachnie deszczem.

— Jeszcze nie umiesz wąchać.

O trzeciej po południu uciekamy z sianem przed ulewą.

To pierwszy punkt w moim notesie.

Nie ostatni.

◆ ◆ ◆

Szymon mówi, że góry gadają cały czas, tylko młodzi chcą, żeby robiły to ludzkim głosem.

— Patrz na smreki — mówi rano.

— Patrzę.

— Nie patrz oczami.

— A czym?

— Rozumem, smyku.

Wkurza mnie tym niemiłosiernie. A jednak uczę się. Smreki przed wichrem odwracają gałęzie inaczej. Owce zbijają się w kierdel, zanim człowiek poczuje chłód. Potok przed deszczem niesie zapach kamienia. Babia Góra potrafi założyć chmurowy czepek, kiedy nad nami jeszcze błękit.

Zaczynam notować nie po to, by Szymonowi wierzyć, ale by go złapać na błędzie. Data, godzina, wiatr, chmury, zachowanie zwierząt. Robię z jego mądrości rachunek.

Po tygodniu mam siedem przepowiedni i sześć trafionych.

— Przypadek — mówię.

— To zapisuj dalej.

Po miesiącu przestaję się śmiać.

Pewnego ranka Szymon wychodzi z szałasu, wciąga powietrze i blednie.

— Co?

— Nic.

— Przecież widzę.

Patrzy na dolinę.

— Dziś nie zejdziemy nisko.

— Burza?

— Kieby ino burza.

To pierwszy raz, gdy nie chce mi powiedzieć, jaki znak zobaczył. I pierwszy raz, gdy naprawdę chcę wiedzieć.

Zaczynam prowadzić śledztwo.

Tak właśnie to traktuję. Nie jak wierzenia, tylko jak sprawę do rozwiązania.

Każdego ranka zapisuję niebo, wiatr, zachowanie owiec, ptaków i psów. Obok — to, co mówi Szymon. Wieczorem stawiam znak: trafił albo nie trafił.

— Co dziś? — pytam któregoś dnia.

Szymon patrzy na Tatry.

— Będą bliżej.

— Przecież są tam, gdzie wczoraj.

— Patrz.

Rzeczywiście. Szczyty są ostre, wyraźne, jakby ktoś przesunął je ku nam. Widzę żleby, których zwykle z tej odległości nie rozpoznaję.

— I co to znaczy?

— Woda.

— Dlaczego?

— Bo zanim deszcz przyjdzie, góry czasem podchodzą do ludzi.

Zapisuję: „Tatry pozornie bliżej — Szymon mówi deszcz”.

Wieczorem pada.

Następny trop: bociany.

Krążą długo nad Kotliną Nowotarską.

— Deszcz — mówi Szymon.

Pada.

Następny: wąż.

Słyszymy w trawie dziwny suchy grzechot.

— Deszcz.

— Wąż nie ma nic do chmur.

— Wąż ma brzuch przy ziemi. Czuje rzeczy wcześniej od ciebie.

Pada.

Po dwóch tygodniach mój notes przestaje być żartem.

◆ ◆ ◆

Ale dobry śledczy szuka pomyłek.

Czekam na dzień, kiedy Szymon przestrzeli.

W końcu jest.

Rano mówi:

— Dziś nic.

Niebo czyste. Wiatr słaby. Owce spokojne.

Po południu nad grzbietami wyrasta ciemna chmura.

Uśmiecham się.

— No, baca. Dziś ja zapisuję punkt dla siebie.

Szymon nawet nie patrzy na niebo.

— To nie nasza chmura.

— Chmura jak chmura.

— Patrz, jak idzie.

Idzie bokiem, omija naszą dolinę. Godzinę później słyszymy daleki grzmot, ale u nas nie spada ani kropla.

— Przypadek.

— Oczywiście — mówi Szymon. — Wszystko, czego jeszcze nie rozumiesz, nazywaj przypadkiem. Będzie ci lżej.

Zaczyna mnie drażnić.

Więc pytam innych baców.

Najstarszy z nich mówi o mgle, która pachnie siarką.

— Jak przyjdzie taka, woda może być wielka.

— Mgła nie ma zapachu.

— Ta ma.

Inny mówi o wężach włażących na drzewa przed powodzią.

Trzeci o kogucie, który wydaje głos jak płaczące dziecko.

— I co wtedy?

Milknie.

— Co wtedy?

— Nie każdą rzecz trzeba wiedzieć przed czasem.

Wpisuję to do notesu dużymi literami.

„KOGUT — NIE CHCĄ POWIEDZIEĆ”.

◆ ◆ ◆

Miesiąc później przychodzi noc, której nie zapomnę.

Wieczorem powietrze jest ciężkie. Nie ma wiatru. Psy leżą pod ławą i dyszą.

Wychodzę przed szałas.

Tatry wyglądają blisko.

Za blisko.

Babia Góra ma nie czepek, ale ciemny kaptur.

— Szymon!

Stary wychodzi.

Wącha powietrze.

Blednie.

— Zganiaj owce niżej.

— Będzie burza?

— Zganiaj.

— Jak mocna?

— Antek!

Pierwszy raz słyszę w jego głosie strach.

Biegniemy. Owce nie chcą zejść zwykłą ścieżką. Tłoczą się przy lesie. Jedna wspina się na kamień. Druga próbuje wejść między jałowce.

— Czemu idą do góry?!

Szymon patrzy na drzewa.

Na niskiej gałęzi widzę węża.

Potem drugiego.

Nie pełzną po ziemi.

Są nad nami.

— Teraz! — krzyczy baca. — Wszystko z hali!

◆ ◆ ◆

Burza nie przychodzi od razu.

Najpierw mgła.

Przelewa się przez dolinę, cienka, prawie przezroczysta. Kiedy nas otacza, czuję zapach.

Nie potrafię go opisać. Ostry. Mineralny. Jak mokry kamień przy ogniu.

— Siarka — mówi Szymon.

Mój żołądek ściska się.

— Wielka woda?

— Możliwe.

— Z czego? Przecież jeszcze nie pada.

Stary patrzy w górę.

— Właśnie dlatego się spiesz.

Docieramy do pierwszych zabudowań. Szymon każe ludziom przenieść worki z mąką wyżej, wyprowadzić bydło z niskich zagród, odwiązać łodzie i kładki przy potoku.

Niektórzy słuchają. Inni się śmieją.

— Niebo suche, a wy powódź robicie!

Szymon nie wdaje się w spór.

— Macie dzieci?

— Mamy.

— To przenieście je wyżej. Jak się pomylę, będziecie się ze mnie śmiać jutro.

To działa.

Godzinę później zaczyna padać.

Nie deszcz.

Ściana wody.

Potok rośnie na oczach. Najpierw brązowieje, potem niesie gałęzie, potem całe pnie. W miejscu, gdzie rano przechodziliśmy suchą nogą, wieczorem ryczy szeroka rzeka.

Pomagamy wyciągać ludzi z niższych domów.

W pewnym momencie słyszę krzyk.

— Dziecko!

Po drugiej stronie wezbranego potoku stoi chłopiec na kamieniu. Woda odcięła go od brzegu.

Szymon zawiązuje linę wokół pasa.

— Nie! — łapię go. — Pójdę ja.

— Jesteś lżejszy. To gorzej.

— Ale młodszy.

— To nie zawsze lepiej.

Wchodzimy obaj. Woda uderza w nogi jak belka. Ludzie trzymają linę. Docieramy do chłopca. Szymon bierze go na barki.

Wracamy krok po kroku.

W połowie nurtu widzę coś płynącego obok.

Mój notes.

Wypadł z kieszeni.

Kartki wirują w brązowej wodzie.

Całe moje śledztwo znika.

◆ ◆ ◆

Rano deszcz słabnie.

Wieś jest pełna błota, gałęzi i ciszy ludzi, którzy liczą straty.

Podchodzę do Szymona.

— Wiedziałeś?

— Nie.

— Przecież przewidziałeś.

— To nie to samo.

— Jaka różnica?

— Wiedzieć to mieć pewność. Znaki tylko mówią: „uważaj”.

— Ale skąd się ich nauczyłeś?

— Od ojca. On od swojego.

— Czyli nikt nie wie dlaczego.

— A ty wiedziałeś, dlaczego rano Tatry były bliżej?

Milczę.

— To nie magia — mówi. — To pamięć. Jeden człowiek widzi coś raz i ginie. Dziesięciu widzi i opowiada dzieciom. Sto lat później nazywacie to zabobonem, bo zapomnieliście pierwszego człowieka.

To zdanie zostaje ze mną na całe życie.

◆ ◆ ◆

Myślę, że zagadka jest rozwiązana: stare znaki to doświadczenie zapisane w opowieściach.

Wtedy odzywa się kogut.

Jesteśmy w szałasie kilka tygodni później. Noc spokojna. Nagle z zagrody dochodzi dźwięk.

Nie pianie.

Płacz dziecka.

Siadam.

— Szymon?

Stary już nie śpi.

Kogut wydaje drugi dźwięk. Tym razem przypomina miauczenie kota.

— Co to znaczy?

Szymon podchodzi do drzwi.

— Nic.

— Kłamiesz.

— Śpij.

— Przepytywałem trzech baców. Każdy milknął przy kogucie. Co to znaczy?

Stary odwraca się.

W świetle ognia wygląda nagle bardzo staro.

— Są znaki od deszczu. Są od śniegu. Są od wody. Z nimi człowiek coś zrobi.

— A ten?

— Ten nie jest od pogody.

— Od czego?

— Od ludzi.

— Co ma się stać?

Nie odpowiada.

Kogut odzywa się trzeci raz.

Szymon robi znak krzyża.

— Rano zejdź do domu.

— Dlaczego?

— Bo tak ci mówię.

— Szymon, co wiesz?

Patrzy na mnie długo.

— Nic pewnego.

— To czemu się boisz?

— Bo widziałem już raz, jak kogut tak śpiewał.

— I co było potem?

Ogień trzaska.

Stary spuszcza wzrok.

— Nie pytaj.

◆ ◆ ◆

Rano schodzę.

Nie napiszę tutaj, co wydarzyło się później, bo właśnie w tym miejscu kończy się pewność, a zaczyna legenda. Jedni po latach mówili o nieszczęściu, inni o chorobie, jeszcze inni o wydarzeniu dotyczącym całej okolicy. Każdy opowiadał inaczej.

Ja zachowałem tylko jedną rzecz.

Nowy notes.

Na pierwszej stronie zapisuję wszystkie znaki, które pamiętam: Babia Góra w czepku, przybliżone Tatry, krążące bociany, wąż, mgła, drzewa, zachowanie owiec.

Na samym dole zostawiam pustą linię.

„Głos koguta —”

Nigdy jej nie uzupełniam.

Kiedy po latach młody juhas pyta mnie, dlaczego, odpowiadam tak jak Szymon:

— Nie każdą rzecz trzeba wiedzieć przed czasem.

I dopiero wtedy rozumiem, że sam stałem się jednym z tych starych ludzi, których kiedyś próbowałem przyłapać na błędzie.

Po lekturze: źródło historyczne i zakres rekonstrukcji

Rdzeń źródłowy: Goszczyński zebrał liczne przykłady „meteorologii Górali”: znaki deszczu, gradu, powodzi i nieszczęść odczytywane z zachowania zwierząt, mgieł, chmur oraz niezwykłego wyglądu Tatr i Babiej Góry.

Motyw źródłowy: rozdział Goszczyńskiego dotyczący „meteorologii Górali”. Zestaw znaków pochodzi z jego zapisu; postaci Szymona i Antka oraz dialogi są adaptacją literacką.

Warstwa językowa i pejzażowa tej adaptacji jest dodatkowo inspirowana publicznymi utworami Kazimierza Przerwy‑Tetmajera o Podhalu i górach; nie zmienia to źródłowego rdzenia legendy zapisanego przez Goszczyńskiego.

Ślad w terenieWidok na Tatry, Babią Górę i Kotlinę Nowotarską

Ta legenda nie ma jednego punktu. Jej mapą jest horyzont: Babia Góra z chmurą na szczycie, Tatry, zachowanie zwierząt i zmieniające się światło nad kotliną. To opowieść, którą można „sprawdzać” własnymi oczami.

↑ Wróć do spisu
XVIIMorze KarpackieKotlina Nowotarska · wielka woda i skalna brama+
Głos opowieści: Młody przewoźnik z osady nad legendarnym Morzem Karpackim. Widzisz przybycie królewskich ludzi i bierzesz udział w próbie otwarcia skalnej bramy.
Lokalna zagadkaCzy pod dzisiejszą Kotliną Nowotarską naprawdę mogło istnieć morze — i co stanie się, gdy ktoś odważy się rozciąć Pieniny?Czytaj jak śledczy: najważniejsze tropy nie zawsze są tym, co bohaterowie uznają za najważniejsze.
TABLICA XVIIIlustracja do legendy XVII: Morze Karpackie. Kotlina Nowotarska · wielka woda i skalna brama
Tablica XVII · „Morze Karpackie” · Kotlina Nowotarska

Jeżeli urodziłeś się nad wielką wodą, nie pytasz, skąd się wzięła.

Morze jest po prostu wszędzie.

Budzi mnie jego szum. Wieczorem zasypiam przy uderzeniach fal. Łodzią płyniemy tam, gdzie kiedyś — jak mówią starcy — będą pola. Najwyższe grzbiety sterczą z wody jak wyspy. Daleko na południu czarne skały Pienin zamykają horyzont.

Mam dziewiętnaście lat i przewożę ludzi oraz sól między osadami na brzegu.

Pewnego ranka widzę na wodzie trzy obce łodzie.

Na pierwszej powiewa królewski znak.

— Ojciec! — wołam. — Ktoś płynie od północy!

Ojciec wychodzi z siecią w dłoniach.

Patrzy długo.

— Królewscy.

— Na co haw?

— Jak król płynie tak daleko, to znaczy, że czegoś chce.

Nie wiemy jeszcze, że chce spuścić całe nasze morze.

◆ ◆ ◆

Kocham tę wodę, choć całe życie słyszę od starców, że nie powinna tu być. Mówią, że pod falami leżą dawne doliny, lasy i drogi, a szczyty wystające z morza są tylko czubkami zatopionych gór. Dla mnie to bajanie. Morze jest starsze niż ojciec, dziad i wszystkie opowieści.

Znam każdy jego humor. Zielone rano, stalowe przed burzą, czarne w noc bez księżyca. Wiem, gdzie prąd kręci łódź, a gdzie można puścić wiosło. Nie umiem sobie wyobrazić świata bez niego.

Dlatego królewski inżynier wydaje mi się szaleńcem, kiedy pokazuje na skalną bramę Pienin.

— Tu puścimy wodę.

Śmieję się.

— Całą?

— Całą.

— Dokąd?

— Tam, gdzie sama pójdzie.

Ojciec chwyta mnie za ramię.

— Nie pyskuj, smyku.

Ale ja patrzę na skały. Są wielkie, czarne, wieczne. Potem patrzę na wodę, która przez tysiące lat uderza w nie bez skutku.

— A kie góra nie puści?

Inżynier odwraca się.

— Każda góra kiedyś puszcza. Trzeba tylko znaleźć jej pęknięcie.

W tej chwili jeszcze nie rozumiem, że jeśli ma rację, mój dom, moja przystań i całe moje morze mogą za kilka dni stać się wspomnieniem.

Przybysze wysiadają przed południem. Dowodzi nimi człowiek o imieniu Dobrogost. Nie wygląda jak żołnierz. Ma mapy, sznury, ciężarki, żelazne kliny.

— Potrzebuję przewodnika — mówi.

Ojciec wskazuje mnie.

— On zna zatoki i skały.

— Ja?

— Ty.

— Czemu nie ty?

— Bo ja jestem mądrzejszy.

Dobrogost prawie się uśmiecha.

Płyniemy ku Pieninom.

Im bliżej skalnej bramy, tym woda robi się ciemniejsza. Ściany schodzą stromo pod powierzchnię. Krążą tu prądy, których nie widać z góry.

Dobrogost co chwilę każe mierzyć głębokość.

— Czego szukacie?

— Najniższego miejsca.

— Po co?

— Żeby zrobić rzece drogę.

Śmieję się.

— Tu nie ma rzeki. Tu jest morze.

— Na razie.

Patrzę na niego.

— Co znaczy „na razie”?

Rozwija mapę.

Na południe od skał rysuje linię.

— Woda chce iść tędy.

— Woda niczego nie chce.

— Każda woda chce niżej.

— A skały?

— Skały trzeba przekonać.

◆ ◆ ◆

Wieść rozchodzi się szybciej niż wiatr.

Król chce rozciąć Pieniny.

Jedni mówią, że to szaleństwo. Inni, że morze zabiera zbyt dużo ziemi i trzeba je wypuścić. Rybacy są przeciw. Ludzie z podmokłych brzegów — za.

Wieczorem pod naszym domem zbiera się tłum.

— Nie pozwól im! — krzyczy stary Mikołaj do ojca. — Jak otworzą góry, woda zabierze wszystko!

— A może odsłoni ziemię — odpowiada ktoś.

— A ryby?

— Będziemy mieli pola.

— Z pól nie zrobisz łodzi!

— A z łodzi chleba!

Stoję między nimi i po raz pierwszy rozumiem, że jeśli Dobrogost ma rację, jutro może nie istnieć świat, w którym się wychowałem.

Idę do jego obozu.

— Naprawdę chcecie spuścić morze?

— Nie całe od razu.

— To brzmi jeszcze gorzej.

— Chodź.

Prowadzi mnie do skały. W świetle pochodni widać znaki wyrysowane węglem.

— Tu jest szczelina.

— W skale?

— Pod wodą ciągnie dalej.

— Skąd wiesz?

— Bo nurt już tam ciągnie.

Kładzie na powierzchni kawałek drewna. Patyk powoli przesuwa się ku ścianie i znika w małym wirze.

Pierwszy trop.

Morze rzeczywiście próbuje znaleźć wyjście.

◆ ◆ ◆

Prace zaczynają się trzy dni później.

Kamieniarze wbijają kliny. Rozpalają ogień pod ścianą, potem polewają rozgrzany kamień wodą. Skała pęka z hukiem.

Ja przewożę ludzi i narzędzia.

Każdego dnia szczelina jest większa.

Każdej nocy śnią mi się fale wdzierające się do doliny po drugiej stronie.

Pewnego ranka znajduję na brzegu martwe ryby.

Dziesiątki.

— To przez was — mówię Dobrogostowi.

— Jeszcze nie otworzyliśmy przejścia.

— To czemu zdechły?

Klęka, ogląda skrzela.

— Nie wiem.

Pierwszy raz słyszę to od niego.

— Może morze wie, co robicie.

— Morze nie wie.

— Wczoraj mówiłeś, że chce.

Patrzy na mnie.

— Słusznie. Uważaj na ludzi, którzy zmieniają słowa, kiedy przestają im pasować.

To drugi trop.

Nie wszystkie odpowiedzi ma człowiek z mapą.

◆ ◆ ◆

Po tygodniu trafiają na pustkę w skale.

Słychać ją, zanim ją widać.

Młot uderza i zamiast tępego dźwięku odpowiada głęboki pogłos.

— Stop! — krzyczy Dobrogost.

Wszyscy milkną.

Przykłada ucho do skały.

Z drugiej strony coś szumi.

Nie morze za nami.

Coś dalej.

— Jest przejście — mówi.

— Dokąd?

— Na południe.

Stary kamieniarz cofa się.

— Nie otwierajmy dziś.

— Czemu?

— Bo skała mówi.

Młodzi się śmieją.

Ja nie.

W nocy przychodzi burza.

Poziom morza rośnie. Fale uderzają dokładnie w osłabioną ścianę.

Budzę się od huku.

Wybiegam.

W stronę Pienin ciągną łodzie z pochodniami.

— Szczelina puszcza! — krzyczy ktoś.

Płynę z nimi.

◆ ◆ ◆

To, co widzę przy skałach, wygląda jak koniec świata.

Woda wciska się w rozbitą szczelinę. Kamienie drżą. Każda fala wyrywa kolejny kawał.

Dobrogost stoi po pas w wodzie i krzyczy do ludzi.

— Wycofać narzędzia! Nikt pod ścianę!

— Sam tam jesteś!

— Dlatego wiem, że to zły pomysł!

Nagle skała pęka.

Nie ma jednego wielkiego wybuchu. Najpierw cichy trzask. Potem linia biegnie przez ścianę. Potem całe jej pasmo osuwa się do przodu.

Dobrogost znika pod wodą.

Skaczę.

Prąd chwyta mnie natychmiast. Woda nie płynie już jak morze. Pędzi.

Łapię Dobrogosta za płaszcz. Razem uderzamy o łódź.

— Wiosło! — krzyczę.

Ktoś nas wyciąga.

Za nami tworzy się czarna gardziel.

Morze zaczyna uciekać.

◆ ◆ ◆

Nie da się tego zatrzymać.

Przez szczelinę płynie najpierw strumień, potem rzeka, potem coś tak szerokiego i gwałtownego, że ludzie na brzegu cofają się bez słowa.

— Zamknijcie! — krzyczy Mikołaj.

Dobrogost patrzy na niego.

— Czym?

Nie ma odpowiedzi.

Przez całą noc woda spada.

Rano linia brzegu jest kilkadziesiąt kroków dalej.

Po tygodniu odsłania się błoto.

Po miesiącu — kamienie, pnie, całe połacie ziemi.

Łodzie leżą na suchym brzegu jak martwe ryby.

Ojciec stoi obok mnie.

— No i co teraz, przewoźniku?

— Nie wiem.

— To dobrze.

— Dobrze?

— Człowiek, który wie wszystko, jest niebezpieczny. Widziałeś Dobrogosta.

Dobrogost stoi dalej i mierzy nową rzekę.

— Jak ją nazwą? — pytam.

Ojciec wzrusza ramionami.

— Nazwa przyjdzie później.

Patrzę, jak woda przeciska się przez Pieniny.

Jeszcze nie wiem, że ludzie będą kiedyś mówić o Dunajcu.

◆ ◆ ◆

Najdziwniejsze odkrywamy dopiero później.

Gdy morze opada, na odsłoniętym dnie pojawiają się miejsca wyglądające jak stare ścieżki.

Kamienie ułożone w linie. Czarne pnie. W jednym miejscu fragment czegoś przypominającego palenisko.

— Ktoś tu żył przed wodą — mówię.

Dobrogost klęka i dotyka osmalonego kamienia.

— Możliwe.

— Czyli morze też kiedyś przyszło.

Patrzy na mnie.

— Wszystko gdzieś przychodzi i gdzieś odchodzi.

— To może kiedyś wrócić.

— Może.

Ta odpowiedź nie podoba mi się najbardziej.

◆ ◆ ◆

Mijają lata. Na dawnym dnie pojawiają się łąki, pola, drogi. Dzieci rodzą się tam, gdzie ja kiedyś wiosłowałem.

Kiedy opowiadam im, że nad ich domem pływała moja łódź, śmieją się.

— Dziadku, tu nigdy nie było morza.

— Skąd wiesz?

— Bo jest ziemia.

Wbijam laskę w grunt.

— Ziemia nie pamięta po wierzchu.

Prowadzę ich wysoko na zbocze. Pokazuję Pieniny i rzekę, która przecina skały.

— Tam uciekło.

— Kto wypuścił?

— Król przysłał ludzi.

— Jak miał na imię?

I tu zawsze się zatrzymuję.

Imię władcy z czasem znika z pamięci. Imiona kamieniarzy też. Nawet Dobrogost staje się dla kolejnego pokolenia tylko „człowiekiem króla”.

Zostaje jedno pytanie.

Czy morze naprawdę było?

Kiedy mgła wypełnia kotlinę po same góry, dzieci przestają się śmiać.

Bo przez kilka minut pod nimi znowu nie ma pól.

Jest biała woda.

I wtedy najmłodsze zawsze pyta:

— A jeśli wróci?

Patrzę na przełom Pienin.

— Wtedy rzeka będzie musiała sobie przypomnieć drogę.

Po lekturze: źródło historyczne i zakres rekonstrukcji

Rdzeń źródłowy: według podania przytoczonego przez Goszczyńskiego Kotlina Nowotarska miała być niegdyś wielkim „Morzem Karpackim”. Dawny polski władca miał nakazać przecięcie Pienin i spuszczenie wód Dunajcem.

Motyw źródłowy: podanie o „Morzu Karpackim” i spuszczeniu jego wód przez Pieniny, zanotowane i komentowane przez Goszczyńskiego. Król, dialogi i scena przekopywania skał są adaptacją literacką.

Warstwa językowa i pejzażowa tej adaptacji jest dodatkowo inspirowana publicznymi utworami Kazimierza Przerwy‑Tetmajera o Podhalu i górach; nie zmienia to źródłowego rdzenia legendy zapisanego przez Goszczyńskiego.

Ślad w terenieKotlina Nowotarska i przełom Dunajca w Pieninach

Podanie o Karpackim Morzu tłumaczyło ogromną kotlinę jako dawne dno wielkiej wody, spuszczonej przez przecięcie Pienin. Traktuj to jako legendę krajobrazową, a nie dosłowny zapis geologiczny — jej niezwykłość polega na tym, jak dobrze pasuje do widoku z góry.

↑ Wróć do spisu
XVIIIMorze z mgłyWielka Góra nad Łopuszną · poranek, w którym legenda staje się widokiem+
Głos opowieści: Seweryn Goszczyński — wchodzisz o świcie na Wielką Górę z człowiekiem z Łopusznej i nagle legenda sprzed wieków pojawia się pod twoimi stopami.
Lokalna zagadkaCzy białe morze pod szczytem jest tylko mgłą, czy krajobraz na chwilę pokazuje pamięć czegoś znacznie starszego?Czytaj jak śledczy: najważniejsze tropy nie zawsze są tym, co bohaterowie uznają za najważniejsze.
TABLICA XVIIIIlustracja do legendy XVIII: Morze z mgły. Wielka Góra nad Łopuszną · poranek, w którym legenda staje się widokiem
Tablica XVIII · „Morze z mgły” · Wielka Góra nad Łopuszną

Wychodzimy przed świtem.

Łopuszna jeszcze śpi. Nad dachami wisi dym z ostatnich palenisk, trawa jest mokra, a góry są tylko ciemniejszym kształtem na tle nieba.

Mój przewodnik, Jędrzej, idzie pierwszy.

— Na Wielką Górę najlepiej teraz — mówi.

— Dlaczego?

— Bo później zobaczy pan to, co wszyscy.

— A teraz?

Odwraca się i uśmiecha.

— Może coś więcej.

Mam notes w kieszeni. Od kilku dni zapisuję opowieści ludzi z Łopusznej: dziwożony, strzygi, znaki pogody, góry o dawnych nazwach. Jedna historia wraca częściej niż inne.

Morze Karpackie.

Według miejscowych cała kotlina była kiedyś wodą, a Pieniny zostały rozcięte, by ją wypuścić.

Nie wiem, czy wierzę.

Wiem tylko, że chcę zobaczyć krajobraz, który tę opowieść stworzył.

◆ ◆ ◆

Im dłużej mieszkam w Łopusznej, tym mniej umiem o niej pisać chłodno. Przyjechałem zbierać wiadomości, nazwy, zwyczaje. Tymczasem coraz częściej chowam notes, bo pióro przeszkadza patrzeć. Są ranki, kiedy mgła leży nad Dunajcem tak nisko, że wieś wydaje się płynąć. Są wieczory, gdy las nad Łopuszanką czernieje, a nad nim ostatnie światło zostaje na grzbietach jak żar.

— Podoba się panu? — pyta Jędrzej.

— To za małe słowo.

— Nam wystarcza.

Idziemy wyżej. Pod butami trawa jest ciężka od rosy. Każdy krok uwalnia zapach ziemi. Z dołu dochodzi pianie koguta, tak ciche, jakby było wspomnieniem wsi, a nie głosem prawdziwego ptaka.

Na grzbiecie stajemy.

Przede mną nie ma doliny. Jest biała przestrzeń, gładka i ogromna. Z mgły wynurzają się tylko najwyższe wzniesienia. Wyglądają jak wyspy.

Jędrzej patrzy na mnie kątem oka.

— No i co pan widzi?

Chcę odpowiedzieć: mgłę. Zjawisko meteorologiczne. Kondensację nad chłodną kotliną.

Ale słowa nie przechodzą mi przez gardło.

— Morze — mówię.

I wtedy ogarnia mnie ta osobliwa górska tęsknica: człowiek stoi dokładnie tam, dokąd pragnął dojść, a jednak chciałby wejść jeszcze wyżej, zobaczyć jeszcze dalej, zatrzymać światło choć o jedną chwilę.

Jędrzej tylko kiwa głową, jakby właśnie na tę odpowiedź czekał.

Ścieżka pnie się stromo.

Las pachnie bukiem, mokrą ziemią i chłodem. Co jakiś czas otwiera się widok na dolinę, ale nisko zalega mgła.

— Dobrze — mówi Jędrzej.

— Co dobrze?

— Mgła.

— Chciałem widoku.

— Będzie.

Idziemy dalej.

Po pół godzinie słyszę wodę.

— Potok?

Jędrzej zatrzymuje się.

— Nie.

Słucham.

To rzeczywiście nie potok. Szum jest szeroki, równy, jak odległy wiatr.

— Co to?

— Mgła w lesie. Krople lecą z liści.

Rozsądne wyjaśnienie.

Zapisuję je w pamięci.

Kilka kroków dalej znajduję coś mniej rozsądnego.

Na ścieżce leży muszla.

Mała, biała, spiralna.

Podnoszę ją.

— Skąd to się tu wzięło?

Jędrzej wzrusza ramionami.

— Dziecko zgubiło.

— W połowie góry?

— Ludzie gubią dziwniejsze rzeczy.

— Albo morze zostawiło.

Mówię to żartem.

Jędrzej nie odpowiada.

Pierwszy trop.

◆ ◆ ◆

Wyżej las się kończy.

Stajemy na otwartej przestrzeni dokładnie w chwili, kiedy słońce zaczyna dotykać Tatr.

I wtedy świat znika.

Nie góry.

Doliny.

Pod nami nie ma Łopusznej, pól, dróg ani Dunajca. Cała Kotlina Nowotarska jest wypełniona gładką warstwą mgły.

Białą.

Nieruchomą.

Szczyty i grzbiety wyrastają z niej jak wyspy.

Robię krok do przodu.

— Boże...

Jędrzej staje obok.

— Mówiłem.

Nie potrafię wyjąć notesu.

Przez kilka minut tylko patrzę.

To nie przypomina morza.

To jest morze.

Tak działa wzrok, kiedy otrzyma wszystko, czego potrzebuje do oszustwa: horyzont, powierzchnię, wyspy, światło. Rozum mówi „mgła”, a ciało widzi wodę.

— Gdzie jest Dunajec? — pytam.

— Pod spodem.

— A Łopuszna?

— Pod spodem.

— Nowy Targ?

— Też.

Wskazuje daleko.

— Gdyby wierzyć starym, tak kiedyś było naprawdę.

— Ty wierzysz?

— Ja wierzę, że widzi pan to samo co ja.

To sprytna odpowiedź.

◆ ◆ ◆

Zaczynam patrzeć jak śledczy.

Jeśli legenda o morzu jest tylko bajką, skąd się wzięła?

Linia mgły układa się dokładnie w kotlinie. Pieniny wyglądają jak tama. Dunajec przebija się przez nie w miejscu tak wąskim, że z góry przypomina rozcięcie.

— Kto pierwszy opowiedział o morzu?

— Tego nikt nie wie.

— A o królu, który rozciął Pieniny?

— Też nie.

— Czy ktoś znalazł muszle?

Jędrzej patrzy na tę z mojej dłoni.

— Pan właśnie znalazł.

— Mówiłeś, że dziecko zgubiło.

— Bo pan chciał rozsądnej odpowiedzi.

— A nierozsądna?

— Że góra czasem oddaje rzeczy, które długo trzymała.

Chowam muszlę do kieszeni.

— To brzmi tak, jakbyś chciał, żebym uwierzył.

— Nie. Chcę zobaczyć, co pan zrobi z tym, czego nie umie pan od razu wyjaśnić.

◆ ◆ ◆

Mgła zaczyna się poruszać.

Najpierw powoli. Potem jedna jej część opada i przez chwilę widzę dachy wsi. Wyglądają jak zatopione budynki wynurzające się spod wody.

Słońce wznosi się wyżej.

„Morze” cofa się.

— Patrz — mówi Jędrzej.

Wskazuje Pieniny.

Mgła płynie w ich stronę, w dół kotliny, jakby rzeczywiście szukała ujścia.

Przez przełom ciągnie się biały jęzor.

Widok jest tak sugestywny, że czuję dreszcz.

— Gdyby ktoś zobaczył to tysiąc lat temu...

— Opowiedziałby dzieciom, że morze odpływa.

— A dzieci swoim.

— I po paru pokoleniach byłby król, kamieniarze i rozcięta góra.

— Czyli legenda może być opisem mgły.

— Może.

— A może odwrotnie. Mgła tylko pokazuje coś, co naprawdę było.

Jędrzej siada na kamieniu.

— No właśnie. Teraz pan ma problem.

◆ ◆ ◆

Szukamy dalej.

Nie wiem właściwie czego. Dowodów? Śladów dawnej linii brzegowej? Czegokolwiek, co pozwoli mi wrócić do dworu z odpowiedzią zamiast kolejnym pytaniem.

Na zboczu znajduję zaokrąglone kamienie.

— Woda — mówię.

— Albo potok, którego już nie ma.

— Każdą rzecz potrafisz wyjaśnić na dwa sposoby?

— Pan też.

Kilka metrów dalej warstwa drobnego żwiru.

Jeszcze wyżej muszelka okazuje się pusta i stara, ale nie umiem stwierdzić, czy morska, rzeczna czy zwyczajnie przyniesiona.

Im więcej tropów, tym mniej pewności.

To zaczyna mi się podobać.

Prawdziwa zagadka nie jest taka, w której brakuje odpowiedzi. Jest taka, w której każda odpowiedź otwiera następną możliwość.

◆ ◆ ◆

Schodzimy, gdy mgła prawie znika.

Łopuszna wraca na swoje miejsce. Pola są polami. Dunajec rzeką. Pieniny skałami.

Przy pierwszych domach spotykamy starą kobietę niosącą drewno.

Jędrzej pokazuje jej muszlę.

— Znalazł na Wielkiej Górze.

Kobieta bierze ją w palce.

— Nie pierwsza.

Zatrzymuję się.

— Znajdowaliście takie wcześniej?

— Mój ojciec miał trzy.

— Skąd?

— Z pola po wielkim deszczu.

— Gdzie?

Wskazuje w stronę doliny.

— Tam, gdzie według dziadka kiedyś dochodziła woda.

— Co się z nimi stało?

— Dzieci pogubiły.

Jędrzej patrzy na mnie znacząco.

— Widzicie? Dzieci gubią.

Prawie się śmieję.

◆ ◆ ◆

Wieczorem siadam do notatek.

Próbuję opisać poranny widok.

„Mgła wypełniała kotlinę...”

Skreślam.

Za słabe.

„Cała dolina przedstawiała obraz morza...”

Lepiej, ale nadal papier nie oddaje skali.

Jędrzej zagląda do izby.

— I co? Znalazł pan odpowiedź?

— Na które pytanie?

— Czy było morze.

Kładę pióro.

— Nie.

— To dobrze.

— Czemu wszyscy tutaj cieszą się, kiedy czegoś nie wiem?

— Bo wtedy jutro znowu pan wyjdzie w góry.

Ma rację.

Wyjmuję z kieszeni muszlę i kładę obok notesu.

— A ty co myślisz?

Jędrzej bierze ją pod światło.

— Myślę, że jeśli legenda żyje setki lat, nie trzeba jej od razu wybierać między „prawda” a „nieprawda”. Czasem lepiej zapytać, co ludzie naprawdę widzieli.

Oddaje mi muszlę.

Za oknem Łopuszna znika w wieczornym mroku.

Nad łąkami zaczyna zbierać się cienka warstwa bieli.

— Jędrzej.

— Tak?

— Mgła wraca.

— Morze też tak podobno robiło.

Tej nocy zapisuję więcej niż rano.

Nie dlatego, że rozwiązałem zagadkę.

Dlatego, że po raz pierwszy zobaczyłem, dlaczego ktoś mógł ją wymyślić.

Albo zapamiętać.

Po lekturze: źródło historyczne i zakres rekonstrukcji

Rdzeń źródłowy: to nie osobna legenda, lecz literackie rozwinięcie autentycznej obserwacji Goszczyńskiego. Z Wielkiej Góry widział mgłę wypełniającą dolinę tak całkowicie, że krajobraz przypominał opowiadane mu wcześniej Morze Karpackie.

Motyw źródłowy: osobisty opis widoku z Wielkiej Góry u Goszczyńskiego, zestawiony przez autora z tradycją Morza Karpackiego. Dialogi są literacką rekonstrukcją, natomiast sam obraz „morza” utworzonego przez mgłę pochodzi z jego obserwacji.

Warstwa językowa i pejzażowa tej adaptacji jest dodatkowo inspirowana publicznymi utworami Kazimierza Przerwy‑Tetmajera o Podhalu i górach; nie zmienia to źródłowego rdzenia legendy zapisanego przez Goszczyńskiego.

Ślad w terenieWielka Góra nad Łopuszną — widok, który staje się morzem

Tu źródłem nie jest tylko podanie. Goszczyński sam opisał wejście i mgłę wypełniającą kotlinę tak, że wyższe grzbiety wyglądały jak wyspy. Jeśli trafisz na podobny poranek, zrozumiesz, dlaczego legenda Karpackiego Morza mogła wydawać się prawdziwa.

↑ Wróć do spisu
XIXKościół zbójnikówNowy Targ · budowa pod strażą zbójników+
Głos opowieści: Janek — młody cieśla z Nowego Targu, którego zbójnicy zabierają do pracy. Nie wiesz, czy budujesz kościół, kryjówkę czy miejsce odkupienia.
Lokalna zagadkaDlaczego ludzie spod prawa każą budować świątynię i skąd naprawdę pochodzi obraz, którego nie chcą nikomu pokazać przed ukończeniem prac?Czytaj jak śledczy: najważniejsze tropy nie zawsze są tym, co bohaterowie uznają za najważniejsze.
TABLICA XIXIlustracja do legendy XIX: Kościół zbójników. Nowy Targ · budowa pod strażą zbójników
Tablica XIX · „Kościół zbójników” · Nowy Targ

Zbójnicy przychodzą po mnie przed świtem.

Nie pukają.

Jeden wchodzi do warsztatu, drugi zostaje w drzwiach. Obaj mają pistolety za pasem.

— Ty jesteś Janek, cieśla?

— Zależy kto pyta.

Mężczyzna uśmiecha się.

— Dziś zależy od nas.

Mam dwadzieścia dwa lata i wystarczająco rozumu, żeby nie dyskutować z człowiekiem, który trzyma dłoń na kolbie.

— Cóz mom robić?

— Budować bedzies.

— Cóz?

— Kościół.

Patrzę na niego.

— Wy?

— Masz problem z religią?

— Z religią nie. Z klientem trochę.

Drugi parska śmiechem.

Pierwszy nie.

— Weź narzędzia.

Tak zaczyna się najbardziej podejrzana budowa mojego życia.

◆ ◆ ◆

Drewno ma pamięć. Cieśla wie to lepiej niż niejeden ksiądz. W słoju zapisuje suchy rok, w pęknięciu mróz, w skręcie pnia wiatr. Kiedy przykładam dłuto do belki, wiem, że dotykam czegoś, co rosło długo przed moim urodzeniem. Może dlatego budowanie kościoła dla zbójników wydaje mi się od początku czymś więcej niż robotą.

Prowadzą mnie do miejsca na skraju Nowego Targu. Leżą już pnie. Świeże. Pachną żywicą.

— Z czego? — pytam.

— Ze smreków.

— Skąd?

Harnaś patrzy na mnie.

— Z lasu.

— Lasów jest dużo.

— Pytałeś, co masz budować, nie skąd rośnie drewno.

Klękam przy belce. Na jednym końcu widzę wycięty znak. Nie cechę drwala. Krzyżyk i trzy nacięcia.

— Kto to znaczył?

Najstarszy zbójnik odwraca głowę.

— Nie tykaj.

— Muszę ociosać.

— Ociosaj dookoła.

Patrzę na niego.

— Jeśli mam postawić kościół, nie będę budował wokół strachu.

Harnaś uśmiecha się bez wesołości.

— Chłopcze, kościoły buduje się właśnie wokół strachu. Tylko ludzie nazywają go potem nadzieją.

Prowadzą mnie na miejsce poza zabudowaniami Nowego Targu. Jest tam już kilku ludzi: dwóch cieśli, kamieniarz, pomocnicy. Wszyscy milczą.

Pośrodku stoi herszt.

Poznaję go. Każdy poznaje, choć nikt przy zdrowych zmysłach nie mówi jego nazwiska za głośno.

— Zbudujecie kaplicę — mówi.

Stary cieśla Maciej poprawia pas.

— Za co?

Herszt rzuca na pień mieszek.

Monety brzęczą.

— Za pieniądze.

— Skąd?

Cisza.

Herszt patrzy na niego.

— To pytanie było droższe niż odpowiedź. Chcesz zapłacić?

Maciej spuszcza wzrok.

— Nie.

— To buduj.

Ja też mam pytania. Znacznie więcej.

Dlaczego zbójnicy chcą kościoła? Dlaczego w takim pośpiechu? I dlaczego na wozie przykrytym płótnem pilnują czegoś bardziej niż worków z pieniędzmi?

Postanawiam się dowiedzieć.

◆ ◆ ◆

Pierwszy trop pojawia się jeszcze tego dnia.

Podczas przerwy podchodzę do wozu. Strażnik siedzi kilka kroków dalej i je chleb.

— Co tam macie?

— Drewno.

— Drewno nie dzwoni, jak koło wpadnie w dziurę.

Strażnik przestaje żuć.

— Słuch masz za dobry jak na cieślę.

— Dlatego belki stoją prosto.

— Pilnuj belek.

Odchodzę.

Wieczorem, kiedy ludzie śpią, słyszę szept za namiotem.

Herszt rozmawia z jednym z bandy.

— Nikt nie ma go oglądać, dopóki dach nie stanie.

— A ksiądz?

— Ksiądz zobaczy na końcu.

— Jeśli rozpozna?

— To będzie jego problem.

„Rozpozna”.

Czyli na wozie jest coś konkretnego.

Coś, co ktoś może rozpoznać.

◆ ◆ ◆

Budowa idzie szybko, bo zbójnicy płacą dobrze i nie przyjmują słowa „jutro”.

Herszt jest dziwnym nadzorcą. Nie zna ciesielstwa, ale przychodzi codziennie i patrzy, jak rosną ściany.

Pewnego popołudnia łapię go samego.

— Mogę zapytać?

— Już pytasz.

— Po co wam kościół?

— Żeby stał.

— Karczma też może stać.

— Karczm już mamy dość.

— Odkupienie?

Uśmiecha się bez wesołości.

— Ty jesteś cieśla czy ksiądz?

— Cieśla. Ale jak klient zamawia dach, lubię wiedzieć, nad czym go kładę.

Herszt patrzy na powstające ściany.

— Nad czymś, czego nie umiemy unieść dalej.

— Co to znaczy?

— Za dużo pytań.

Odchodzi.

To drugi trop.

Nie budują dlatego, że chcą coś zacząć.

Budują, bo chcą coś zakończyć.

◆ ◆ ◆

Trzeciej nocy odkrywam obraz.

Budzi mnie skrzyp koła. Widzę dwóch zbójników ciągnących wóz bliżej budowy. Zakładam buty i idę za nimi.

Płótno jest uchylone.

W środku drewniana skrzynia.

Jeden odchodzi po herszta. Drugi stoi plecami.

Podchodzę.

Wieko nie jest zamknięte.

Unoszę je na szerokość dłoni.

Widzę twarz świętej postaci. Złocenia. Ciemne drewno. Obraz stary, piękny, obcy dla naszego kościoła.

— Ładny?

Zamieram.

Herszt stoi za mną.

— Ja tylko...

— Wiem, co robiłeś.

— Skąd jest?

— Z daleka.

— „Jeśli ksiądz rozpozna”. Słyszałem.

Herszt podchodzi.

— Z Węgier.

— Kupiliście?

Nie odpowiada.

— Ukradliście.

— Zabraliśmy.

— To samo.

— Nie dla człowieka, któremu wcześniej zabrano coś innego.

— Co wam zabrano?

Patrzy na obraz.

— Brata.

To mnie zaskakuje.

— Kto?

— Ludzie, którzy trzymali ten obraz.

— I ukradliście święty obraz za zemstę?

— Na początku.

— A teraz?

Herszt zamyka skrzynię.

— Teraz chcę go oddać komuś, kto nie będzie nim handlował.

— Więc oddajcie kościołowi.

— Dlatego go buduję.

◆ ◆ ◆

Brzmi prawie szlachetnie.

Za bardzo.

Następnego dnia pytam najmłodszego zbójnika, Franka, o wyprawę na Węgry.

— Nie było tak, jak mówi herszt — szepcze.

— Jak było?

— Mieliśmy brać pieniądze. Obraz był później.

— Czyli?

— Zobaczył go w kaplicy. Kazał zabrać.

— Czemu?

Franek rozgląda się.

— Bo na odwrocie było nazwisko.

— Czyje?

— Jego matki.

Nagle cała historia zmienia kierunek.

— Matki?

— Nie wiem więcej.

Tego wieczoru patrzę na herszta inaczej.

Nie jest już tylko zbójnikiem budującym kościół ze skradzionym obrazem. Jest człowiekiem, który może próbować odzyskać rzecz należącą kiedyś do jego rodziny.

Albo wymyślać powód, żeby usprawiedliwić kradzież.

Jak każdy dobry śledczy mam dwie wersje.

I żadnej nie mogę potwierdzić.

◆ ◆ ◆

Wchodzę do skrzyni ponownie.

Tym razem za dnia, podczas zamieszania przy stawianiu więźby.

Odwracam obraz.

Na drewnie są litery. Wypłowiałe. Część po łacinie, część nazwisko, którego nie znam.

Ale obok ktoś wydrapał mały znak: trzy kreski tworzące coś jak górę.

Taki sam znak widziałem na rękojeści noża herszta.

Kiedy wraca, czekam na niego.

— To nie była przypadkowa kaplica.

Jego twarz twardnieje.

— Co zrobiłeś?

— Obejrzałem tył.

— Mówiłem, żebyś nie dotykał.

— Znak jest taki sam jak na twoim nożu.

— I co z tego?

— Chcę prawdy.

Chwyta mnie za koszulę i przyciska do ściany.

— Prawda nie jest twoją zapłatą.

— To mnie zabij.

Sam jestem zaskoczony, że to mówię.

— Ale wtedy cieśla spadnie z rusztowania dokładnie w dniu, w którym pytał o skradziony obraz. Ludzie będą gadać więcej, nie mniej.

Patrzy mi w oczy.

Potem puszcza.

— Moja matka pochodziła stamtąd. Obraz należał do jej rodziny. Po jej śmierci zabrali wszystko. Brat pojechał odzyskać część majątku. Nie wrócił.

— Zabito go?

— Tak.

— Więc pojechałeś po zemstę.

— Tak.

— A znalazłeś obraz.

— Tak.

— I teraz kościół.

— Bo zemsta nie oddała mi brata. A obraz przestał być łupem w chwili, kiedy zobaczyłem nazwisko matki.

— Czemu nie zatrzymasz go dla siebie?

Herszt patrzy na ściany.

— Bo wszystko, co trzymam dla siebie, kończy jako łup.

◆ ◆ ◆

Kościół rośnie.

Ale im bliżej końca, tym bardziej banda się dzieli.

Nie wszystkim podoba się, że pieniądze z napadów idą na belki, gont i ołtarz. Jeden z ludzi, Błażej, chce sprzedać obraz.

Słyszę ich kłótnię nocą.

— Jest wart fortunę!

— Nie jest na sprzedaż.

— Wszystko jest.

— Ten nie.

— Stałeś się księdzem?

Potem trzask.

Rano Błażeja nie ma.

Obrazu też.

Herszt wpada na budowę jak burza.

— Kto go widział?!

Nikt.

Ja patrzę na ślady w błocie.

Wóz nie odjechał.

Koń również nie zniknął.

— Nie uciekł daleko — mówię.

— Skąd wiesz?

— Jeśli chciał sprzedać obraz, nie poniesie go przez góry na plecach. Ukrył go gdzieś i wróci po konia.

Herszt patrzy na mnie.

— Cieśla, mówiłeś, że lubisz wiedzieć, nad czym stawiasz dach.

— Tak.

— To dziś będziesz tropicielem.

◆ ◆ ◆

Szukamy cały dzień.

Ślady butów Błażeja prowadzą do potoku, potem znikają na kamieniach. Znajduję jednak świeżo złamaną gałąź. Dalej otarcie na korze. Potem włókno płótna.

— Tędy.

Wchodzimy w las.

Pod skałą jest stara jama po wykrocie. W środku skrzynia.

Pusta.

— Był tu — mówi herszt.

— I przeniósł dalej.

— Skąd wiesz?

Wskazuję wilgotną ziemię. Dwa równoległe ślady po dolnej krawędzi obrazu.

— Niósł bez skrzyni. Ciążyło mu.

Idziemy za śladami aż do drogi.

Tam słyszymy konie.

Błażej czeka z handlarzem.

Dochodzi do krótkiej, brutalnej walki. Nie opiszę jej jako bohaterskiej, bo nie była. Krzyk, błoto, pięści, nóż, koń stający dęba. Chowam się za drzewem, dopóki obraz nie zaczyna zsuwać się z wozu.

Wtedy wybiegam.

Łapię ramę sekundę przed ziemią.

Ktoś uderza mnie w plecy.

Upadam, ale nie puszczam.

Herszt dopada Błażeja.

— Zostaw go! — krzyczę.

Nie wiem czemu.

Może dlatego, że jeśli kościół ma cokolwiek znaczyć, nie może zostać ukończony kolejnym trupem.

Herszt patrzy na mnie.

Nóż ma przy gardle Błażeja.

Po chwili cofa rękę.

— Odejdź — mówi.

Błażej nie czeka.

◆ ◆ ◆

Pierwsza msza jest kilka tygodni później.

Kościół pachnie świeżym drewnem. Obraz stoi w ołtarzu. Ludzie przychodzą tłumnie, bo plotki rozeszły się po całym Nowym Targu.

Stoję z tyłu.

Zbójnicy jeszcze dalej.

Herszt zatrzymuje się przed progiem.

— Nie wejdziesz? — pytam.

— Nie wiem.

— Sam to zbudowałeś.

— Wy zbudowaliście.

— Za twoje pieniądze.

— Właśnie to jest problem.

— Pieniądze są skradzione?

— Część.

— Obraz też.

— Część historii też.

Patrzę na niego.

— Co znaczy?

— Że nawet to, co ci powiedziałem o matce, nie jest całą prawdą.

— Więc jaka jest cała?

W środku zaczyna się śpiew.

Herszt zdejmuje czapkę.

— Gdybym umiał ją opowiedzieć, może nie potrzebowałbym tego kościoła.

Nie wchodzi.

Kiedy po mszy wychodzę, już go nie ma.

◆ ◆ ◆

Po latach ludzie mówią po prostu: kościół zbudowali zbójnicy, a obraz przynieśli z Węgier.

Krótko. Tak historie pamięta się najłatwiej.

Nikt nie mówi o Błażeju, o matczynym nazwisku na odwrocie, o pościgu przez las ani o herszcie stojącym przed progiem.

Może dlatego, że ja jeden widziałem część tych rzeczy.

A może dlatego, że z czasem każda skomplikowana historia gubi boczne ścieżki i zostawia tylko tę jedną, którą ludzie potrafią powtórzyć przy ogniu.

Kiedy ktoś pyta mnie, czy zbójnicy naprawdę zbudowali kościół, odpowiadam:

— Tak.

— Z pobożności?

Wtedy zawsze się zastanawiam.

— Zbudowali go, bo czegoś nie potrafili już dłużej nieść.

To jest najbliżej prawdy, jak potrafię powiedzieć.

Po lekturze: źródło historyczne i zakres rekonstrukcji

Rdzeń źródłowy: Goszczyński zanotował miejscową tradycję, według której stary kościół św. Anny w Nowym Targu mieli wznieść zbójnicy, a znajdujący się tam obraz miał zostać przez nich przyniesiony z Węgier.

Motyw źródłowy: miejscowa tradycja o kościele św. Anny w Nowym Targu oraz obrazie przywiezionym przez zbójników z Węgier, zapisana przez Goszczyńskiego. Sceny budowy i dialogi są adaptacją literacką.

Warstwa językowa i pejzażowa tej adaptacji jest dodatkowo inspirowana publicznymi utworami Kazimierza Przerwy‑Tetmajera o Podhalu i górach; nie zmienia to źródłowego rdzenia legendy zapisanego przez Goszczyńskiego.

Ślad w terenieNowy Targ — kościół św. Anny

Miejscowa tradycja zapisana przez Goszczyńskiego wiązała stary kościół św. Anny ze zbójnikami, a obraz w ołtarzu z wyprawą na Węgry. To jeden z rzadkich przypadków, gdy legenda prowadzi do konkretnego, istniejącego zabytku.

↑ Wróć do spisu
XXOstatni konfederatDwór w Łopusznej · przesłuchanie świadka, który pamięta inną Polskę+
Głos opowieści: Seweryn Goszczyński i Romuald Lisicki — zaczynasz jako gość w łopuszańskim dworze, a potem wchodzisz w opowieść starego konfederata tak, jakby rok 1768 właśnie wrócił.
Lokalna zagadkaCzy osiemdziesięcioletni gospodarz naprawdę pamięta konfederację barską — i dlaczego jeden stary mundur skrywa więcej niż rodzinną pamiątkę?Czytaj jak śledczy: najważniejsze tropy nie zawsze są tym, co bohaterowie uznają za najważniejsze.
TABLICA XXIlustracja do legendy XX: Ostatni konfederat. Dwór w Łopusznej · przesłuchanie świadka, który pamięta inną Polskę
Tablica XX · „Ostatni konfederat” · Dwór w Łopusznej

Stary człowiek wyciąga mundur ze skrzyni tak ostrożnie, jakby wyjmował z niej nie ubranie, lecz czas.

Jestem w dworze w Łopusznej. Rok 1832. Na zewnątrz deszcz bije o szyby, a ja od kilku dni zbieram opowieści o górach, ludziach i rzeczach, których nikt wcześniej nie uważał za warte zapisywania.

Romuald Lisicki ma około osiemdziesięciu lat.

— To naprawdę pański? — pytam.

— A czyj ma być?

— Konfederacki?

— Barski.

Dotykam materiału.

Stary patrzy na moje palce.

— Delikatnie. On przeżył więcej ode mnie.

— Mundur?

— Mundur nie ma zwyczaju pchać się pod kule.

Uśmiecha się.

Ja nie.

Na jednym z rękawów widzę ciemną plamę.

— Krew?

Lisicki od razu zakrywa ją dłonią.

— To już inna historia.

Właśnie wtedy wiem, że muszę ją usłyszeć.

◆ ◆ ◆

Łopuszna ma w sobie coś, czego nie znajduję w miastach: czas nie idzie tutaj prostą drogą. W dworze słucham człowieka, który pamięta konfederację, za oknem szumią drzewa, które mogły już wtedy stać, a dalej góry patrzą na nas obojętnie, jak patrzyły na jego młodość i będą patrzeć po mojej śmierci.

Lisicki bierze mundur na kolana. Jego palce są stare, ale kiedy dotyka guzika, nagle widzę w nich ręce szesnastoletniego chłopca.

— Panie Romualdzie — mówię — dlaczego uciekliście?

— Bo byłek młody.

— To nie odpowiedź.

— Najlepsza, jaką znam. Młody człowiek słyszy, że kajsi jest śleboda, i już leci. Nie pyta, cy mo buty.

Uśmiecha się.

— A wy? Czemuście tu przyszli, panie Sewerynie?

Milczę chwilę. Ja także się ukrywam. Ja także mam za sobą przegraną sprawę i ludzi, których nie wiem, czy jeszcze zobaczę.

— Może z tego samego powodu.

Stary patrzy na mnie długo.

— No. To teraz będziecie słuchał inaczej.

Deszcz bije w okno. Za szybą Łopuszna tonie w wieczorze, a ja czuję nagle, że opowieść, którą zaraz usłyszę, nie należy do przeszłości. Ona tylko czekała na kogoś, komu znów będzie potrzebna.

Siadamy przy ogniu.

Pani Tetmajerowa nalewa herbatę. Lisicki trzyma mundur na kolanach.

— Ile miał pan lat?

— Szesnaście.

— Kiedy poszedł pan do konfederatów?

— Nie „poszedłem”. Uciekłem.

— Z domu?

— Z rozsądku.

— To nie to samo.

— W wieku szesnastu lat jest.

Śmieje się.

— Chce pan wiedzieć, jak to było?

— Dlatego pytam.

Stary patrzy w ogień.

— To proszę nie siedzieć tutaj jak pisarz. Niech pan sobie wyobrazi, że ma szesnaście lat i właśnie usłyszał konie pod oknem.

I nagle jego głos zmienia tempo.

Nie opowiada mi przeszłości.

Wciąga mnie do niej.

◆ ◆ ◆

Mam szesnaście lat.

Leżę ubrany, bo od tygodnia słyszę, że konfederaci przechodzą przez okolicę. Ojciec zabronił mi nawet wspominać o nich przy stole.

— Wojna nie jest dla chłopców.

— To kiedy człowiek przestaje być chłopcem?

— Jak przestaje zadawać głupie pytania.

Tej nocy słyszę konie.

Wstaję.

Przez okno widzę kilku jeźdźców. Jeden ma biało-czerwoną kokardę.

Serce bije mi tak, że jestem pewien, iż obudzą ojca.

Biorę buty w rękę. Wychodzę przez komorę.

Na dworze dopiero je zakładam.

— Dokąd? — pyta ktoś za mną.

Zamieram.

To moja młodsza siostra.

— Do stajni.

— Z szablą?

Patrzę na pas.

Rzeczywiście zabrałem starą szablę ojca.

— Nikomu nie mów.

— Ojcu też?

— Zwłaszcza ojcu.

— Zabije cię.

— Najpierw musi mnie złapać.

To zdanie okazuje się prorocze.

◆ ◆ ◆

Doganiam konfederatów przed świtem.

Dowódca patrzy na mnie i od razu mówi:

— Wracaj do domu.

— Umiem jeździć.

— Koń też umie. Nie przyjmujemy koni do rady wojennej.

— Umiem strzelać.

— Każdy chłopiec tak mówi, dopóki ktoś nie strzeli do niego.

— Spróbujcie.

Patrzy na mnie długo.

— Jak się nazywasz?

— Romuald Lisicki.

— Ile lat?

— Osiemnaście.

— Kłamiesz źle.

— Siedemnaście.

— Jeszcze gorzej.

W końcu pozwala mi jechać z taborem.

Pierwszy dzień jestem bohaterem we własnej głowie.

Drugi dzień moknę.

Trzeci noszę worki.

Czwarty widzę człowieka rannego w brzuch i przestaję marzyć o chwale.

◆ ◆ ◆

W mundurze pojawia się plama podczas nocnego starcia.

Nie moja krew.

Jedziemy wąską drogą, gdy z lasu pada strzał. Potem drugi. Konie szaleją. Ktoś krzyczy.

— W dół!

Spadam z siodła.

Obok mnie leży młody konfederat, może dwadzieścia kilka lat. Trzyma się za bok.

— Pomóż.

Próbuję go podnieść.

Krew przechodzi na mój rękaw.

— Jak masz na imię?

— Antoni.

— Wyciągnę cię.

— Nie.

— Wyciągnę.

— Słuchaj.

Wciska mi w rękę mały metalowy przedmiot.

— Jeśli będziesz w Czorsztynie... znajdź...

Strzał uderza w drzewo nad nami.

— Kogo?

Antoni próbuje powiedzieć nazwisko.

Nie słyszę.

— Powtórz!

Nie powtarza.

Umiera.

W dłoni zostaje mi mały klucz.

◆ ◆ ◆

Tutaj przerywam staremu.

— Klucz?

Lisicki patrzy na mnie spod brwi.

— Mówiłem, żeby pan nie siedział jak pisarz.

— Co otwierał?

— Wtedy nie wiedziałem.

— A później?

Stary dotyka plamy na rękawie.

— Dlatego powiedziałem, że to inna historia.

— Proszę mówić dalej.

Znów patrzy w ogień.

◆ ◆ ◆

Wracam do opowieści.

Klucz chowam pod koszulę.

Kilka dni później ojciec mnie znajduje.

Nie wiem, kto mu powiedział. Podejrzewam siostrę, ale po latach przyznaje, że to nie ona.

Ojciec wjeżdża do obozu sam.

— Romuald!

Dowódca patrzy na mnie.

— To twój ojciec?

— Nie znam człowieka.

Ojciec słyszy.

— Zaraz poznasz.

Nie ma bitwy. Nie ma heroicznej przemowy. Jest mój ojciec, który łapie mnie za kołnierz jak worek mąki i prowadzi do konia.

— Walczę za ojczyznę!

— Najpierw będziesz walczył ze mną!

— Mam obowiązek!

— Masz szesnaście lat!

— Prawie siedemnaście!

— To bardzo pociesza!

Konfederaci śmieją się tak głośno, że wolę wtedy dostać kulą niż wracać do domu.

Ojciec rzeczywiście mnie chłosta.

Lisicki, opowiadając to w 1832 roku, śmieje się do łez.

— Nie było w tym nic romantycznego — mówi. — Pisarze zawsze o tym zapominają.

◆ ◆ ◆

— A klucz? — przypominam.

Stary przestaje się śmiać.

— Klucz został.

— Gdzie?

— Przy mundurze.

— Ma go pan?

Patrzy na skrzynię.

Nie odpowiada.

To wystarcza.

— Panie Lisicki...

— Ciekawość jest chorobą ludzi młodych i pisarzy.

— Pan był jednym i drugim naraz, kiedy uciekł do konfederatów.

Uśmiecha się.

— Dobre.

Sięga do skrzyni.

Spod złożonej tkaniny wyciąga mały, zardzewiały klucz.

Dokładnie taki, jaki opisał.

— Nigdy nie znalazł pan zamka?

— Znalazłem.

Czuję, jak historia znowu się otwiera.

— W Czorsztynie?

— Tak.

◆ ◆ ◆

Kilka lat później wracam w okolice zamku.

Czorsztyn jeszcze żyje. Są ludzie, izby, stoły, wino, gwar. Nie ruina, którą będą oglądały przyszłe pokolenia.

Pytam dyskretnie o Antoniego.

Nikt nie zna.

Pokazuję klucz staremu słudze.

Blednie.

— Skąd to masz?

— Od człowieka, który zginął.

— Nazwisko?

— Antoni. Reszty nie usłyszałem.

Sługa patrzy na drzwi.

— Chodź po zmroku.

— Dokąd?

— Jeśli chcesz wiedzieć.

Po zmroku prowadzi mnie do małej komory w murze. Za skrzynią jest żelazna kasetka.

Klucz pasuje.

W środku nie ma złota.

Są listy.

Nazwiska. Miejsca. Wiadomości o ludziach pomagających konfederatom.

— To dlatego Antoni zginął?

— Możliwe.

— Co mam z tym zrobić?

Sługa patrzy na mnie.

— Jeśli wpadnie w złe ręce, ludzie umrą.

— Spalić?

— Sam zdecyduj.

Mam wtedy może dwadzieścia kilka lat i po raz pierwszy rozumiem, że posiadanie odpowiedzi jest czasem groźniejsze niż jej szukanie.

◆ ◆ ◆

— Co pan zrobił? — pytam starego Lisickiego.

Milczy.

— Spalił pan listy?

— Część.

— A reszta?

— Panie Goszczyński, czy każdy dokument musi przeżyć człowieka?

— Dla historii — tak.

— Historia lubi papier. Ludzie czasem wolą żyć.

To zdanie zapisuję sobie w głowie.

— Czy zostało coś jeszcze?

— Z tamtej kasetki? Nie.

Patrzę na niego.

— Odpowiedział pan za szybko.

Stary śmieje się.

— Jednak coś pan umie poza pisaniem.

◆ ◆ ◆

Rozmawiamy jeszcze długo.

Lisicki opowiada o późniejszych czasach, o insurekcji kościuszkowskiej, o Czorsztynie, kiedy zamek nie był jeszcze martwą skorupą. Każde zdanie otwiera kolejne drzwi.

Najbardziej fascynuje mnie nie to, co mówi.

To, co omija.

Kiedy pytam o konkretnych ludzi, czasem odpowiada dokładnie. Innym razem nagle zaczyna opowiadać o pogodzie, koniach albo jedzeniu.

Jak świadek, który po sześćdziesięciu latach nadal chroni czyjeś nazwisko.

— Nadal kogoś pan osłania? — pytam w końcu.

— Po tylu latach?

— Tak.

— Może.

— Kogo?

— Tego właśnie dobrze chronię, skoro pan nie wie.

◆ ◆ ◆

Przed odejściem jeszcze raz oglądam mundur.

Plama na rękawie jest prawie czarna.

W wewnętrznym szwie wyczuwam twardy fragment.

— Co tu jest?

Lisicki błyskawicznie zabiera mi rękaw.

Za szybko jak na osiemdziesięcioletniego człowieka.

— Nic.

— Coś jest wszyte.

— Każdy stary mundur ma swoje szwy.

— Klucz też był „niczym”.

Patrzymy na siebie.

W końcu wzdycha.

— Pan naprawdę nie umie zostawić zamkniętych drzwi.

— Nie po to zbieram historie.

Stary bierze nożyk i rozpruwa kilka nitek.

Ze szwu wypada mały, złożony skrawek papieru.

Nie większy od dwóch palców.

Rozwija go.

Widzę tylko część nazwiska i datę.

Lisicki składa kartkę natychmiast.

— Co tam jest?

— Trop.

— Do czego?

— Do człowieka, którego Antoni chciał, żebym znalazł.

— Znalazł pan?

— Nie.

— Przez sześćdziesiąt lat?

— Może szukałem nie tego człowieka.

— Mogę zobaczyć?

— Nie.

— Mogę zapisać nazwisko?

— Tym bardziej nie.

◆ ◆ ◆

Na zewnątrz deszcz ustaje.

Lisicki składa mundur i odkłada go do skrzyni. Klucz kładzie obok.

Skrawek papieru chowa do kieszeni.

— Zapisze pan o konfederacji? — pyta.

— Tak.

— O tym, że ojciec mnie odnalazł i wychłostał?

— To najlepsza część.

Śmieje się.

— A o kluczu?

Patrzę na niego.

— Jeśli pan pozwoli.

— Nie pozwalam.

— Dlaczego mi pan opowiedział?

Stary zamyka wieko skrzyni.

— Bo chciałem sprawdzić, czy pisarz umie zachować jedną rzecz dla siebie.

— I umiem?

— To się okaże.

— A jeśli kiedyś ktoś znajdzie tę kartkę?

Lisicki spogląda w okno, w stronę Gorców.

— Wtedy będzie miał własną zagadkę.

Wychodzę z izby z większą liczbą pytań niż odpowiedzi.

I chyba właśnie dlatego pamiętam tę rozmowę lepiej niż dziesiątki prostych historii.

Bo najciekawszy świadek nie jest tym, który mówi wszystko.

Najciekawszy jest ten, przy którym czujesz, że prawda siedzi z tobą przy jednym stole, ogrzewa dłonie przy tym samym ogniu — i mimo to pokazuje ci tylko część twarzy.

Po lekturze: źródło historyczne i zakres rekonstrukcji

Rdzeń źródłowy: to opowieść historyczna, nie legenda. Goszczyński poznał w Łopusznej Romualda Lisickiego, ojca Ludwiki Tetmajerowej, który jako bardzo młody człowiek miał przyłączyć się do konfederatów barskich. Pokazywał autorowi zachowany mundur i wspominał dawny Czorsztyn.

Motyw źródłowy: wspomnienie Goszczyńskiego o Romualdzie Lisickim, konfederacji barskiej, zachowanym mundurze i dawnym Czorsztynie. Faktyczny rdzeń ma charakter wspomnienia historycznego; dialogi zostały literacko zrekonstruowane.

Warstwa językowa i pejzażowa tej adaptacji jest dodatkowo inspirowana publicznymi utworami Kazimierza Przerwy‑Tetmajera o Podhalu i górach; nie zmienia to źródłowego rdzenia legendy zapisanego przez Goszczyńskiego.

Ślad w terenieDwór w Łopusznej

Tutaj ślad jest wyjątkowo materialny: łopuszański dwór i pamięć ludzi, którzy przez niego przechodzili. Goszczyński naprawdę przebywał w Łopusznej, a historia starego konfederata wyrasta z rozmowy z człowiekiem pamiętającym XVIII wiek.

↑ Wróć do spisu

Słowa stela — mały słownik do opowieści

Gwara w opowiadaniach jest stylizowana i dawkowana tak, by nie zatrzymywać akcji. Najczęściej pojawiają się:

baczyćpamiętać; przypominać sobie
gazda / gaździnagospodarz / gospodyni
haw / tutoktu, tutaj
hyrsława, rozgłos, wieść
ino / lemtylko
juhasmłody pasterz owiec, pomocnik bacy
kiekiedy
kierdelstado owiec
nikanynigdzie
perćgórska ścieżka
smrekświerk
stelastąd; z tego miejsca
syćkowszystko
watraognisko pasterskie
wnet / wnetkizaraz, wkrótce
grapastromy stok lub wzniesienie

Stylizacja językowa została sprawdzona m.in. wobec „Listu Hanusi” i prozy „Na Skalnem Podhalu” Kazimierza Przerwy‑Tetmajera oraz dawnych słowników gwary podhalańskiej. W dialogach nie odtwarzamy jednej historycznej wsi słowo w słowo — celem jest wiarygodny, czytelny głos regionu.