· Home · Bacówka wnętrze i okolica · Panorama · Atrakcje w pobliżu · Kalendarz · Legendy i opowiadania ·

Bacówki.com

Bacówka w sercu gór - dom z bali w Gorczańskim Parku Narodowym

bacowki.com


Skarb ukryty w czorsztyńskim zamku.


Pewnej pogodnej letniej nocy stary baca przy ognisku opowiadał:

Swojego czasu żyło dwóch nierozłącznych przyjaciół Władek i Józek, zawsze wszystko robili razem. Wspólnie pasali owce w dolinkach nad Dunajcem, w grabie pod lasem chodzili za krowami, w lecie razem zbierali maliny, jagody i grzyby, a na jesień palili ogniska i piekli grule. Kiedy podrośli poszli na hale z bacą za honielników, aż wreszcie nadszedł czas, że ich drogi się rozeszły.

Władkowi spodobały się hale i każdego roku juhasował, a Józek najął się za flisaka na Dunajcu. Jednak szczęście się do nich obu nie uśmiechało i ledwie łączyli koniec z końcem. Często się widywali, bo mieszkali obok siebie pod czorsztyńskim zamkiem, ale nie było sposobności, a może i chęci, żeby po starem pogadać.

Wreszcie pewnej niedzieli w karczmie niedaleko kościoła wpadli na siebie. Wypita gorzałka rozwiązała im języki i przypomniała się im dawna przyjaźń. Od słowa do słowa zaczęli się obaj żalić na ciężki los. Władek opowiadał, że wcale nie tak łatwo być juhasem, jak ludzie gadają. A to wilki ze stada ujmą, a to owca zginie. To baca, tylko strawą trudy wynagrodzi, bo sam ledwie przedzie. Nie może być ze swoja ukochana, bo gospodarz nie da swojej Jadzi nędzarzowi.

U Józka nie było lepiej, ciężka praca na Dunajcu, a pieniędzy od tego nie przybywało. Ojca mu drzewo w lesie przygniotło i jako najstarszy w rodzinie sam musiał gospodarzyć. Gospodarka mała, ziemia licha, a na karku, jeszcze do tego pobór. Kto bogatszy mógł się wykupić u werbowników, ale on jak żywo musi do wojska iść! A ciężko swoje opuścić i w świat, w nieznane wyruszyć.

Przy kolejnej kwarcie, gdy fantazji przybyło i z łbów zaczęło parować, doszli do wniosku, że od ich nieszczęśliwego losu, może ich tylko wybawić znalezienie skarbu. Całe życie słyszeli legendy o wielkim skarbie ukrytym w lasach i rozpadlinach przez zbójników, na rozkaz Pani Kunegundy, kiedy uciekała przed Tatarami z klasztoru w Sączu. Są wiec skarby w wąwozie Homole, w ruinach zamku w Sokolicy, w Zielonych Skałach koło Czorsztyna i w Wodnej Bani w Jarmucie. Trzeba tylko odważnych, żeby je odnaleźć i wsiąść!

Nad ranem, każdy z nich dowlókł się do chałupy, ale lżej mi było na duszy, gdy pomyśleli o skrzyniach ze złotem i wszelkimi dobrami. Za trzy niedziele znowu ich los połączył, tym razem w tartaku. Siedli sobie wygodnie na balach drzewa i od razu zaczęli rozprawiać od skarbach. Władek podzielił się nowinami, jak usłyszał od starego bacy, że skarbów wszędzie do około dużo, ale największy i najpewniejszy do odnalezienia jest ten w czorsztyńskim zamku. Jest tam ukryta komnata z kuframi, skrzyniami pełnymi talarów, świecących kamieni wielkiej wartości i najprawdziwszego złota.

Powiadają, że skarby nieznanego pochodzenia, ale przeklęte i duchy je pilnują. Zawsze każdego skarbu strzegą czarty i ich pomocnicy. Jednak w pewne dni w roku, z Bożego rozkazu, muszą do niech ludzi dopuszczać. Najpewniejsza jest Niedziela Palmowa, gdy z mównicy w kościele, ksiądz Mękę Pańską czyta, wtedy pewnikiem dostać się do skarbu uda, bo strażnicy muszą jej nabożnie wysłuchać. Druga jest noc świętojańska, kędy biesy, czarty i wiedzmy na wspólne harce się zlatują, skarby ziemia udostępnia.
Niestety czekać nie mogą, bo Władka pannę za mąż chcą wydać, a Józek musi na Węgry do wojska iść. Za parę dni świętego Jan Chrzciciela, a wiec i pora sposobna.

Umówili się nazajutrz pod murami zamku czorsztyńskiego, jak zmierzch zapadnie. Latem pachniały łąki, Dunajec łagodnie szumiał w dole, gdy przechodzili przez wyłom w zamkowym murze. Obaj nieśli krzesiwo i hubkę, drzewo na pochodnie i wodę świeconą, kredę, trochę wosku z paschalnej świecy, oraz ziele z wianków. Wszystko, o czym słyszeli, że złe moce odgania. Władek na wszelki wypadek z ciupaga się nie rozstawał i z suknem na skarby.

Przeżegnali się w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego, gdy się na dziedzińcu znaleźli. W ruinach zapadł zmrok, cicho tu było i ciemno, że aż oko wykol. Czuli się nieswoja, ale o odwrocie nie było mowy. Powoli i systematycznie przeszukiwali załomy, po jakimś czasie znaleźli rozpadlinę prowadzącą w podziemne lochy.

Z trudem wpełzli do piwnicy i owionął ich lodowaty podmuch lochów i smród zgnilizny. Zapalili łuczywa i razem ruszyli przez podziemia. Na końcu zawalonego korytarza odkryli schody prowadzące jeszcze niżej, płynęła po nich woda, a nietoperze rozbudzone latały od ściany do ściany. Oślizgłymi kamiennymi schodam zanurzali się w czeluąć. Po długiej wędrówce w dół, zmęczeni dowlekli się dużej kamiennej sali, przewie całej zawalonej, ale w końcu znaleźli wąskie przejącie prowadzące jeszcze niżej, zaduch panował tu okrutny. Po kilku godzinach zobaczyli światło na końcu szybu, już myśleli, że to upragnione wyjście na świat i że są wreszcie wolni!

Jednak, gdy doszli do końca, skamienieli, stali w olbrzymiej sali wypełnionej po brzegi wszelkim bogactwem. Czegoż tam nie było, złote dukaty, naczynia wysadzane szlachetnymi kamieniami, sznury korali, pereł oraz diamentów wielkości kurzego jaja. To od tych bogactw biła ta światłość. Wreszcie znaleźli to czego szukali - nieprzebrane skarby!

Wyrywając sobie płachty ładowali te kosztownoąci do tobołów, kieszeni, butów, wszędzie gdzie coś można było upchnąć, byle jak najwięcej z tego bogactwa uczknąć. Zachłanności i pożądliwoąć opanowała ich po równo. Za ciężkie toboły, żeby je nieść, ciągnęli za sobą po obślizgłej kamiennej posadzce, nieprzytomni z wycieńczenia, osłabieni, jak widma powoli posuwali się do wyjścia.

Nagle otaczającą ich cisze rozdarł, szyderczy śmiech, śmiech z samych otchłani z piekła rodem. Drzwi wiodące do skarbu zatrzasnęły się z głośnym hukiem, odcinając śmiałków od świata, znaleźli sie w pułapce bez wyjścia. Potężny podmuch lodowato zimnego powietrza, zgasił jedyne światło, które mieli ze sobą. Gdy wreszcie udało im się rozpalić ponownie łuczywa okazało się, że są w piwnicy pełnej starych gratów, a skarby zniknęły wraz z drogą ratunku bezpowrotnie.

Wpierw próbowali wyważyć drzwi, ale bez skutku, Władek rąbał je ciupagą, aż pękła. Zaczęli gorączkowa przeszukiwać centymetr po centymetrze podłogę, sufit i ściany, ale bez rezultatów. Wyjścia z tej matni nie było. Gdy, jak w malignie obmacywali ściany, godząc się z losem, jakich ich spotkał i niechybna śmiercią, Józek przez przypadek znalazł dziurę w podłodze po wyschłej studni, prowadzącą do dalszych lochów. Powoli ciągnąc za sobą olbrzymi ciężar, wędrowali wiele godzin, przez lochy, korytarze i wiele schodów. Nieśli światło na zmianę, bojąc się, że zostaną w tych kazamatach na zawsze. Wtem niespodziewanie wyszli na brzeg jeziora.

Noc była jasna, na niebie świeciły gwiazdy. Do rana przeleżeli na brzegu nie mając sił z wycieńczenia iść dalej. Gdy zbudził się brzask ruszyli w stronę swoich zagród.

Jakże było ich zdziwienie, gdy natrafili na szeroki gościniec, nigdy go tu nie widzieli. Na rozstaju zobaczyli kapliczkę Chrystusa frasobliwego, którą też widzieli pierwszy raz w życiu. Może wyszli nie w tym miejscu, co trzeba, może znaleźli się po złej stronie Dunajca, w każdym bądź razie nie rozpoznawali okolicy.

Po drodze malec pędził stado owce, Józek zapytał go o nazwę wsi, która była przed nimi. Dziecko wystraszone, bo okropnie wyglądali po nocy spędzonej na tułaczce po lochach, odpowiedziało: Czorsztyn!
A to jezioro to jest, co? - spytał Władek. Jezioro czorsztyńskie - odpowiedział malec.
A gdzie jest Dunajec - zapytał Józek. To jest właśnie Dunajec, a raczej jezioro, które z niego powstało! - odparł.
Więcej już nie pytali. W milczeniu ruszyli w stronę Józiowego domu, ku ich rozpaczy, zamiast chałupy zobaczyli tylko omszałe reszki rozwalających się fundamentów.

Wreszcie wszystko zrozumieli dla nich noc i dzień przeminął, a dla świata przeminął wiek. Nie ma już domu, nie ma bliskich, nie ma ukochanej, nie ma niczego, wszystko zostało w innej epoce.

Jednak coś mieli z sobą, a mianowicie skarb, chciwymi rękoma zaczęli rozwiązywać toboły. Ku ich zdziwieniami, zamiast pożądanych świecidełek, zobaczyli kamienie i skały. Skarb też znikł, została pustka!

Zostali okrutnie doświadczenia za chciwość i pożądliwość, za pragnienie skarbu i bogactwa.

Jakie były ich dalsze losy, nikt nie wie, za to starzy ludzi opowiadali sobie legendę, że dawno dawno temu dwóch parobków zaginęło bez wieści w pewna noc świętojańską, w noc, w której może wydarzyć się wszystko...

bacowki.com

Informacja: info@bacowki.com


bacowki.com
Copyright 2015-2019

· Home · Bacówka wnętrze i okolica · Panorama · Atrakcje w pobliżu · Kalendarz · Legendy i opowiadania ·